Lato w Paryżu [sierpień 2025]
Kolejne lato, kiedy jestem kocią opiekunką. Tym razem dla znajomych. Trzy koty łącznie. To na pewno moja (była) Rosalie mi je zesłała. Właśnie patrzyłam na zdjęcie Rosalie, myśląc, jak bardzo za nią tęsknię; że siedzenie w miejscu nie ma sensu, jeśli nie ma się kota itd., gdy zaproponowano nam zaopiekowanie się kotami podczas wakacji w sierpniu. W Paryżu/IDF. Skoro JB może pracować zdalnie bez ograniczeń, a ja nie mam żadnych ograniczeń geograficznych, zgadzamy się z przyjemnością.
Lille jest tylko 1,5 godziny pociągiem od Paryża, ale dość uciążliwe jest robienie podróży w obie strony w jeden dzień, mając sporo muzeów / dostawców / przyjaciół / rodzinę do odwiedzenia. Miesiąc jest idealny! Mam ogromną listę muzeów i wystaw, które chcę zobaczyć. Dodatkowo nasz znajomy pożyczył nam samochód na cały sierpień, więc na zakupy, wizyty… jest jednak wygodniej.
A Paryż bez paryżan jest zdecydowanie mniej stresujący. W końcu… niestety zostaje trochę paryżan, którzy szczególnie nie znoszą zostawania w Paryżu w sierpniu, więc i tak trafiło mi się kilka nieprzyjemnych spotkań… Myślę, że tak bardzo przyzwyczaiłam się do relaksowej natury ludzi z północy, że tym razem bardziej zauważam i cierpię z powodu paryskiej toksyczności.
Spotkałam się z moją ukochaną L., z którą rozmawiałyśmy o wszystkim, między innymi o braku kultury i nieuprzejmości, które zauważamy za każdym razem, gdy wjeżdżamy do Paryża, i o uczuciu, które mi opisała po takich sytuacjach, a jest to ZŁOŚĆ. Kiedy mieszkałam w Paryżu, rzeczywiście odczuwałam ciągłą złość, nawet mój osteopata to wyczuł i zapytał, dlaczego mam jej tak dużo. I myślę, że gdy to jest codzienność, ignoruje się przyczynę; a kiedy mieszkało się długo za granicą lub na prowincji, lepiej rozpoznaje się źródło tej złości. Według medycyny tradycyjnej złość pożera wątrobę.
Na szczęście koty, których pilnowałam, były niesamowicie przytulaśne i wcale nie skąpiły mruczenia. Po dniu w transporcie, terapia mruczeniem bardzo mi pomogła. Dodatkowo nasz znajomy pożyczył nam samochód, więc mogłam ograniczyć transport publiczny, gdy byłam zmęczona. Poza tym, dzięki bliskości Paryża, mogłam w pełni korzystać ze stolicy:
Bardzo bogate godzinki księcia de Berry
Poszłam zobaczyć „wystawę stulecia”, gdzie po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni w życiu można zobaczyć rozdzielone karty dwóch pierwszych zeszytów z „Bardzo bogatych godzinek księcia de Berry” o których pisałam tutaj. Ten iluminowany rękopis jest Moną Lisą książek iluminowanych i jest znany od momentu powstania. Wiele innych książek bezpośrednio inspiruje się jego stylem, jego rysunkami. I móc go zobaczyć w ten sposób, doskonale odrestaurowanego, to szansa, której nie ma się dwa razy w życiu. I po raz pierwszy od 1416 roku 6 książek godzin zamówionych przez księcia de Berry przybywa ze wszystkich muzeów, aby zostać pokazanych jednocześnie na tej samej wystawie!!! Szkoda, że miejsce jest tak małe, a ludzie, którzy przychodzą go zobaczyć, tak mało bibliofilami. Pisałam o tym tutaj. Ale mogłam przekartkować faksymile książki (samo faksymile musi kosztować 3000-5000 €) i nawet samo faksymile jest przepiękne, złocone części są wypukłe, a strony bardzo grube. Myślę, że nawet ci, którzy w ogóle nie interesują się sztuką średniowieczną, powinni tam pójść (jest otwarte do 5 października), to historyczne wydarzenie, o którym będzie się mówić jeszcze sto lat później.

Czas
W tym miesiącu dużo myślałam o naszym stosunku do czasu.
Très Riches Heures były książką godzin. To książka modlitewna, która zaczyna się od kalendarza, miesiąc po miesiącu, a najbardziej niezwykła strona to ta następująca po kalendarzu: człowiek zodiakalny. To przedstawienie nie występuje w innych książkach godzin. Ten człowiek zodiakalny podkreśla ideę „Co jest na dole, jest jak to, co jest na górze; a co jest na górze, jest jak to, co jest na dole”, człowiek jest mikrokosmosem, jeśli zrozumie się ziarnko piasku, zrozumie się cały wszechświat.

Jeśli kalendarz był tak ważny, to dlatego, że modlitwy również zmieniały się wraz z porami roku, a życie było rytmizowane przez święta (które służą zaznaczaniu pór roku). Pomyślałam, że dawni ludzie mieli znacznie bliższą więź niż my z sezonowością i naturą. W Muzeum Sztuki i Rzemiosła, patrząc na stare zegary, było mnóstwo informacji o porach roku, fazach księżyca… Wcześniej w ogóle nie zwracałam na to uwagi, dopóki nie nauczyłam się od Chizu Saeki rutynowych zabiegów kosmetycznych dostosowanych do pory roku i cyklu menstruacyjnego. To było ważne odkrycie i mogłam zatrzymać trądzik dorosłych dzięki tej sztuczce.
Skoro burze słoneczne mogą powodować problemy w elektrowniach, jak człowiek może twierdzić, że nie jest pod wpływem? Pełnia księżyca powoduje bezsenność u wielu z nas, dlaczego nie podążamy już za lunacjami, skoro zegary astronomiczne, takie jak te w Rouen, Beauvais… pokazują je wszystkim? Dlaczego odłączamy się od wszechświata, skoro doświadczamy jego wpływów i sami jesteśmy mini wszechświatami?
Ten stosunek do czasu, do cyklu czasu, bardzo mnie nurtuje, ponieważ przeczytałam wietnamską książkę (Chữ Thời – Kim Định), która wyjaśniała, jak sposób postrzegania czasu (liniowy lub cykliczny) może całkowicie zmienić naszą wizję świata.
Od ponad roku chcę uczestniczyć w dwudniowych warsztatach iluminacji prowadzonych przez Florence Aseult ale nigdy nie miałam okazji. Tym razem udało mi się zapisać na jej warsztaty pod koniec sierpnia. Kilka uczestniczek powiedziało, że iluminacja stała się obsesją i to właśnie podczas jej praktykowania zrozumiałam dlaczego. To pierwszy raz, kiedy widzę powtarzalne i proste zadanie, które trwa kilka godzin (nakładanie farby w kilku cienkich warstwach) w rzemiośle; a ponieważ nie wymaga ono dużo myślenia, wchodzi się w stan „flow” porównywalny do medytacji. Odcinasz się od świata zewnętrznego, stajesz twarzą w twarz z samym sobą i to jest strasznie relaksujące. Kiedy pierwszego dnia zobaczyłam temat (smoka), pomyślałam, że nigdy mi się to nie uda w 2 dni. Pod koniec pierwszego dnia wróciłam do domu bardzo zdezorientowana i pełna wątpliwości, ponieważ efekt jest naprawdę zły i nawet nie wiem, gdzie popełniłam błąd, bo wydawało mi się, że mniej więcej trzymałam się instrukcji. Na szczęście drugiego dnia, kiedy zaczęliśmy dodawać cienie, mój rysunek w końcu zaczął wyglądać jak coś. Jestem z siebie całkiem dumna, nawet jeśli wynik NIE MA nic wspólnego z oryginalnym wzorem.
Oczekiwania kontra rzeczywistość: nie trzeba chyba mówić, który rysunek zrobiła nauczycielka, a który ja 😀


W grupie są pewne osoby, które robią iluminację po raz pierwszy i radzą sobie 10 razy lepiej niż ja. Wierzę w wrodzony talent, ale też w pracę i wytrwałość. Jednak po tylu godzinach spędzonych na robieniu tylu rzeczy ręcznie, te warsztaty tylko potwierdziły to, o czym od dawna wątpiłam: muszę przyznać, że nie mam wrodzonej zręczności. Będę to robić dalej dla zabawy, ale w żadnym wypadku nie mogę twierdzić, że mogę z tego zrobić swój zawód. Aby osiągnąć poziom takiej osoby „ze złotymi rękoma”, potrzebowałabym więcej niż 10 000 godzin i nie jestem gotowa tego zrobić, mając zbyt wiele pasji i zainteresowań naraz. Jeśli miałabym rozważać zmianę kariery, nie sądzę, żeby to było rzemiosło.
Muzea
Rozdział Muzeum Narodowe Sztuk Azjatyckich – Guimet było na mojej liście życzeń od dawna, ponieważ widziałam filmy i zdjęcia jego wspaniałej biblioteki i tarasu z widokiem na Wieżę Eiffla. Jeśli parter nie robi na mnie zbytniego wrażenia, bo to rzeczy, które mniej więcej widziałam podczas moich podróży, to biblioteka jest absolutnie niesamowita, a ostatnie piętro jest moim ulubionym, ponieważ znajduje się tam duża kolekcja porcelany i ceramiki (moja nowa obsesja) oraz niesamowitych przedmiotów. Moim ulubionym jest miniaturowa chińska altana z kości słoniowej podarowana przez cesarza Chin cesarzowej Józefinie. Przeglądając tę piękną kolekcję, ciągle powtarzam sobie „więc po to były pieniądze, żeby kupić sobie piękno, sztukę”.










Mój przyjaciel O. zabrał mnie potem do parku Hangar Y i dobrze mi zrobiło być w ładnym, ale spokojnym miejscu.
Najważniejszym punktem pozostaje muzeum Jacquemart André, które tak bardzo mi się spodobało, że kupiłam książkę z pełną listą jego stałej kolekcji. Jest to kamienica przekształcona w muzeum, należąca do pana André, który był niezwykle bogatym bankierem. Kamienica została zaprojektowana pod jego kolekcję sztuki. Był już dość stary i chory, kiedy ożenił się z panną Jacquemart, pochodzącą z skromnej rodziny, ale wykształconą przez arystokratyczną rodzinę. Oboje podróżowali non stop, aby uzupełnić swoją kolekcję. Pan miał nienaganny gust do mebli, pani miała nienaganny gust do posągów i obrazów. Patrząc na ich kolekcję, wyobrażałam sobie międzypokoleniowe bogactwo tak: kiedy potrzebujesz mebla, członek rodziny daje ci taboret z kości słoniowej; a kiedy musisz udekorować ścianę, twój dziadek daje ci Rembrandta hahaha. Rozumiem, jak można być niezwykle bogatym i chcieć jeszcze więcej, bo jest tak wiele pięknych przedmiotów, pięknych obrazów do zdobycia na tym świecie, że nigdy nie będzie dość. Patrząc na wykwintne meble pana, mogłam tylko wyobrażać sobie przyjemność projektowania tych mebli i otrzymywania ich nowiutkich z własnymi inicjałami. Na parterze można było przyjąć do 1000 gości, dwa duże ściany mogły zjeżdżać do piwnicy! Schody przy zimowym ogrodzie to moje ulubione miejsce, nie wiadomo, dokąd prowadzą. Ich rozmiar i konstrukcja są wspaniałe. Gdybym była multimiliarderem, mój wymarzony dom wyglądałby dokładnie jak muzeum Jacquemart André.







Musée des Arts et métiers to także miejsce, które chciałam odwiedzić od bardzo dawna. Wyjaśnia postęp nauk stosowanych: od jednostek miar, przez maszyny tkackie, po lotnictwo i motoryzację. Uważam to za bardzo interesujące, zwłaszcza z przewodnikiem (wliczonym w cenę biletu) o 14:30, który trwa 1,5 godziny i podczas którego ogląda się „gwiazdy” muzeum. Wyjaśniają nam między innymi, jak powstała Statua Wolności (której 2,3-metrowy model jest wystawiony w muzeum), jak dokładnie mierzono południk, jak wysłano wiadomość z Lille do Paryża w 1 godzinę (bez gołębia)… i jest mnóstwo miniatur maszyn/technologii… bardzo dobrze zrobionych. Jest duża sala poświęcona środkom komunikacji i można zobaczyć stare prasy + miniaturowe prasy z miniaturowymi literami. Niesamowite!
W rogu ulica de Réaumur jest bardzo znana z hurtowników biżuterii / elementów do jej tworzenia. Niektóre sklepy są otwarte dla klientów indywidualnych (SELFOR). Wiem, że istnieją sklepy z diamentami i gemmologami bezpieczniejsze niż bank; gdzie dzwoni się, podaje hasło i przechodzi przez serię bardzo ciężkich drzwi, aby dostać się albo do metali szlachetnych sprzedawanych na gramy, albo do kamieni osadzonych w wysokiej biżuterii. Rzadkie sklepy otwarte dla klientów indywidualnych sprzedają bardzo tanią biżuterię, bo nie ma pośredników. Interesują mnie szczególnie elementy i narzędzia dla jubilerów (zwłaszcza w SELFOR). Poszłam obejrzeć perły, ale uważam, że są bardzo drogie i nie dość okrągłe. Wolę sprowadzać je bezpośrednio z Chin.
Mówiąc o dostawcach, udało mi się znaleźć niesamowite tkaniny w So tissus, pochodzące z uśpionych zapasów Balenciagi i YSL. Mają znacznie więcej towaru w sklepie niż online. I ceny są też odrobinę korzystniejsze. Wyszłam stamtąd z kilkoma metrami 100% jedwabiu, materiału, na który nigdy nie mogłabym sobie pozwolić w zwykłym sklepie z tkaninami (20 € za metr luksusowego jedwabnego twillu).
Po raz pierwszy odwiedziłam sklep Sennelier na Quai Voltaire, gdzie wszystko wydawało się zatrzymane w czasie. Znalazłam pigmenty w kolorach podstawowych, złoty proszek, klej rybny oraz bardzo cienkie pędzle do moich przyszłych działań z iluminacją. Nie wiem, jak radzą sobie studenci sztuki, bo materiały są niesamowicie drogie. Niestety, zniżki tu i ówdzie to wciąż duży wydatek. Zaopatruję się u tych samych dostawców co oni i każda praca ręczna musi mnie kosztować co najmniej 300 € tylko za podstawowe materiały. Cieszę się, że poszłam do publicznej szkoły biznesu, bo oprócz komputera i odrobiny czesnego nie wydałam na nic więcej.



Skorzystałam z pobytu w Paryżu, aby znów spotkać się z moimi ulubionymi masażystkami: Véronique Meissonnier , która wykonuje u mnie masaże twarzy (pół kobido, pół fizjoterapia), aby uratować mnie przed starzeniem się skóry (powiedziałam jej, że moja twarz opada, a ona uniosła ją w godzinę; gorąco polecam masaż na miarę 140€/godz.). Gdzie indziej, gdy ma się zabieg na twarz, bardzo rzadko masaż trwa przez cały czas, ale u Véronique na 1 godzinę przypada 55 minut masażu i to jest cudowne. Moja szczęka cierpiąca na bruksizm wychodzi stamtąd szczęśliwa. Udało mi się pójść do niej dwa razy! Zabieg Kobido masuje absolutnie wszystkie mięśnie twarzy, ale zabieg na miarę pozwala skupić się na problematycznych obszarach w sposób spersonalizowany. Kolejność masowania jest również bardzo ważna, więc pani Meissonnier często mówi o kobido jako o „tańcu palców” z własną choreografią.
Nigdy publicznie się do tego nie przyznałam, ale w zeszłym roku, pewnego dnia przed lustrem, nie poznawałam siebie, moja twarz nagle „opadła”. Zrobiłam badania i Dr. Idriss wyjaśniła , że zdarzają się takie momenty, kiedy ma się wrażenie, że starzeje się nagle. I nic na to nie poradzisz. Najwyraźniej to utrata kolagenu / fibroplazmy… która skutkuje widocznym opadnięciem, nagle. Następny taki moment nastąpi za 5 lat według dr Idriss. Więc staram się ratować moją twarz, jak tylko mogę, a masaż jest mocno zalecany na tego typu „problemy”. Pobudzi krążenie krwi, sprawi, że zacznie krążyć qi, wygładzi zmarszczki.
Wielokrotnie odwiedziłam moją wietnamską masażystkę w 13. dzielnicy, która po mnie chodzi (to prawdziwa tortura), ale potem cudem wszystko wraca na miejsce. Widziałam ją tak często, że miałam czas z nią sporo porozmawiać i zaobserwować efekt zabiegu, który testowała na sobie. Nie podzielę się adresem mojej wietnamskiej masażystki, bo jej metoda nie jest zbyt ortodoksyjna, ale jeśli chcecie bardziej akceptowalną metodę, możecie iść do Lanqi Spa.
To, co staram się wytłumaczyć wszystkim, to fakt, że Lille to małe miasto i panuje tam coś w rodzaju medycznej pustyni. Muszę jechać do Paryża, jeśli nie chcę czekać 6 miesięcy na wizytę lekarską. I na razie nie znalazłam dobrych masażystów w Lille.
Żeby uczcić nasze zbliżające się urodziny, postanowiliśmy podarować sobie lunch w gastronomicznej restauracji godzinę drogi od Paryża (jest tu większy wybór niż u nas w Lille) i napisałam o tym artykuł tutaj.
Skorzystałam z bycia w regionie paryskim, aby spędzić czas z moją siostrzenicą. Co to za męczące zajęcie pilnować dziecko cały dzień, nawet jeśli moje zadanie polegało tylko na karmieniu jej i zabawie. Rozumiem, dlaczego rodzice chcą dać dzieciom iPada, żeby mieć 10 minut spokoju, albo ochotę oddać je do niani czy szkoły, chociażby po to, by mieć życie. To mnie tak smuci dla dzisiejszych dzieci. Kiedyś wietnamskie dzieci w moim wieku dorastały we wspólnocie, w małej wiosce lub we wspólnocie na naszej ulicy, gdzie bawiło się z innymi dziećmi z okolicy i mogło przesiadywać u dorosłych, których się lubiło. Cała wioska zajmowała się każdym dzieckiem; presja na barkach obojga rodziców była znacznie mniejsza. Byłam bardzo smutna, gdy się przeprowadziliśmy i mogłam spędzać czas z innymi dziećmi tylko w szkole.
Burza mózgów z moją wietnamską koleżanką V., która prowadzi wietnamską herbaciarnię ekologiczną (Tra Art 34b rue Bichat 75010 Paryż). To dzięki niej zainteresowałam się sztuką herbaty. Herbata to także doskonały sposób na dotarcie do medytacji. Nigdy nie udało mi się usiąść bez robienia czegokolwiek i osiągnąć stan medytacyjny; lubię mieć jakiś rekwizyt; czy to praca ręczna, podziwianie pięknego krajobrazu, czy popijanie herbaty. Potrzebuję mieć punkt skupienia, aby dotrzeć do flow. Z V. zastanawialiśmy się, czy nie ma jakiegoś rękodzieła, które moglibyśmy przywieźć i sprzedać we Francji. Z mojego osobistego doświadczenia mam dostawców, którzy sprzedają niezwykłe rzeczy ale na przykład dla danego koloru będzie tylko 10 egzemplarzy; a inni zawsze mają braki w magazynie, bo składniki organiczne do ich produkcji są ograniczone, a produkcja wymaga ładnej pogody itp. Potwierdza mi, że zawsze potrzebny jest bardzo precyzyjny proces; dużo pieniędzy, chociażby na zakup surowców (zawsze bardzo trudno uzyskać dostęp do najwyższej jakości, jeśli jest się małym nabywcą). Rzemiosło to delikatna równowaga między zdolnością produkcyjną a doskonałą jakością.
Jadłam lunch z wieloma osobami i wróciłam z mnóstwem nowych pomysłów i anegdot. Myślę, że jak w Simsach, moja dawka towarzyskości jest wypełniona po brzegi i do końca roku. Tak więc widziałam się z kilkoma przyjaciółmi i kilkoma osobami, które znałam tylko online, a spotkałam je w realu po raz pierwszy. To było super super miłe! To, co jest bardzo przyjemne, to fakt, że spotkania były ustalane i decydowane bardzo szybko. Podczas gdy z niektórymi osobami (których już nie widuję z tego powodu) nie można było mieć wszystkich trzech elementów: daty / godziny / miejsca bez wymiany 40 wiadomości. Z wiekiem myślę, że staję się niecierpliwa, więc bardzo cenię ludzi, którzy potrafią szybko decydować, zwłaszcza gdy priorytetem jest po prostu zobaczenie się; reszta to szczegóły. Coraz mniej toleruję overthinking. To, co lubię też widzieć u ludzi, to ewolucja. Niekoniecznie zmianę zawodu czy awans, ale ewolucję w sposobie myślenia, niepopełnianie tych samych błędów, czy po prostu mówienie o nowym filmie lub nowej książce, którą przeczytali – aby było o czym rozmawiać i wspólnie się rozwijać, zamiast pozostać więźniem swoich przekonań i nawyków. W ostatnich miesiącach zastanawiałam się, jak mogę się odnowić i być na czasie, a odpowiedzi przychodziły w miarę spotkań, nie mogę się doczekać, aby pokazać wam pierwsze efekty.
Krótko mówiąc, spędziłam piękne lato w Paryżu i w regionie Île-de-France. Byłam zapracowana przez miesiąc i dobrze mi zrobi trochę odpoczynku w mojej małej północnej prowincji. Mój najlepszy przyjaciel przyjedzie do mnie do Lille i nie mogę się doczekać!