Carnets de voyage,  Europe,  France,  Paris,  TDM

Lato we Francji (2024): DIY, prezenty i luksus

To staje się już niemal rytuałem: każdego lata opiekujemy się kotem (kotami) podczas wakacji mojej siostry. Wykorzystujemy nasz pobyt we Francji, aby:

Wracając z Wietnamu, przywiozłam mnóstwo narzędzi do kaletnictwa. Szczerze mówiąc, układając te narzędzia w piwnicy siostry, zastanawiałam się, co mnie ugryzło, że tyle kupiłam. Ale kiedy zaczęłam szyć moją drugą skórzaną torbę, a potem trzecią, te narzędzia ogromnie ułatwiły mi pracę i już nie żałowałam ich zakupu. Ponieważ musieliśmy jeździć do Paryża 3 razy w tygodniu na igrzyska, pracowałam nad projektami kaletniczymi wieczorami, nocami i kiedy tylko mogłam.

Na szczęście tak dokładnie przemyślałam proces (co robić najpierw, jakie wymiary, jak to zrobić), że samo wykonanie było bardzo krótkie, ale przygotowania zajęły miesiące. Udało mi się zrobić:

  • Etui na AirPods Pro w kształcie mini-torebki
  • Torbę skórzaną w kolorze różowym negonda, korzystając z szablonu
  • Torbę z czarnej skóry box, z moim własnym szablonem i wycięciem trudnych elementów moją maszyną Silhouette – zebrałam mnóstwo komplementów, bo była naprawdę urocza i oryginalna
  • 4 breloczki AirTag dla rodziny
  • Pasek z novonappy dla JB
  • Pełnoskórzaną oprawę książki z dzieciństwa JB

Tak bolały mnie ręce od szycia szewskiego, że zrobiłam przerwę w kaletnictwie na kilka tygodni, żeby dojść do siebie.

Masaż

Wtedy przeczytałam post na Facebooku, autorstwa Wietnamki T., w którym opisała, jak przeszła z pracy jako sprzątaczka do masażystki i jaką strategię zastosowała, aby znaleźć klientów na swojej małej wsi. I niespodzianka – jej nauczycielka masażu to masażystka, którą dobrze znałam (pani H.), ale nie widziałam jej od dwóch lat, bo nie chciało mi się jechać do 13. dzielnicy.

Przypadkiem moja przyjaciółka M. wspomniała o swoich problemach zdrowotnych i przypomniałam sobie o pani H. Ponieważ H. mówiła tylko po wietnamsku, towarzyszyłam M., aby tłumaczyć, i jej ból, który trwał 8 lat, został uleczony w zaledwie 3 sesjach.

Jej technika jest bardzo „prosta”, bo holistyczna: zamiast masować bezpośrednio bolące miejsce, dotyka i szuka obszarów z największym napięciem. Szuka przyczyny bólu, która czasem jest bardzo daleko od miejsca bólu. Możliwe, że masz bóle szczęki, a ona będzie masować raczej klatkę piersiową… Ale po usunięciu tych napięć, kiedy dociera do miejsca bólu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ból znika. Ta technika wymaga doskonałej znajomości mięśni i stawów oraz systemu meridianów według tradycyjnej medycyny azjatyckiej. Ta technika ma przewagę nad akupunkturą: jest szybsza i pozwala rozluźnić napięcia, z którymi akupunktura nie może sobie poradzić. Czasami napięcia są tak silne, że uciskają nerw i powodują ból, ale sam nerw nie jest uszkodzony. Jednak wymaga to dużo intuicji i doświadczenia, i ta masażystka jest jedyną, która ją zna. Po masażu koniecznie trzeba spędzić 10–20 minut w saunie, inaczej masaż traci skuteczność. Znam tylko jedną inną masażystkę o takich umiejętnościach, Dieu Hong, ale mieszka w Hanoi.
Proponowałam bliskim znajomym wizytę u tej masażystki (poświęcając kilka godzin mojego czasu), ale wolą cierpieć, więc szczerze myślę, że znać istnienie takiej praktyki to jedno, a mieć wystarczająco szczęścia (Wietnamczycy nazywają to phu’c), aby być leczonym, to drugie. Tylko dwie przyjaciółki się zgodziły i nie żałują.

Niestety nie mogę udostępnić danych kontaktowych tej masażystki, ponieważ muszę osobiście towarzyszyć każdej osobie. W przeciwnym razie idźcie do Lanqi Spa, w 7. dzielnicy, ich masaż jest również doskonały.

Ja też skorzystałam z okazji, żeby sobie zrobić masaż. Pierwsza sesja była bardzo bolesna, wychodziłam całkowicie połamana, ale kolejne dwie były znacznie przyjemniejsze, zwłaszcza szczęka, która bardzo cierpiała przez zgrzytanie zębami. H. leczyła mnie 2 lata temu, bo miałam asymetryczną twarz, i podobnie w 3 sesje rozwiązała problem. Widzę na zdjęciach, że asymetria mojej twarzy została dobrze skorygowana.

Ale najbardziej szalone jest to, że zobaczyłam T. u mojej masażystki. Bardzo spodobał mi się jej post na Facebooku i sprawiło mi to ogromną radość, że mogłam ją zobaczyć na żywo, przez największy zbieg okoliczności, bo nie bywa w Paryżu zbyt często.

Przyjaciele

Spotkałam się z moją przyjaciółką z dzieciństwa Vân, która prowadzi wyjątkową herbaciarnię niedaleko République (Tra Art). Sprzedaje wyłącznie wietnamską herbatę ekologiczną. Jest tam biała herbata, której nie umiem dobrze zaparzyć w domu, a ona pokazała mi, jak to zrobić. Temperatura i czas parzenia całkowicie zmieniają smak. Vân świetnie gotuje i zrobiła nam absolutnie pyszne pho z kurczakiem. To był też pierwszy raz, kiedy JB ją poznał, razem z mężem. Nie wiem, dlaczego zawsze widujemy się tylko we dwie, bez rodzin, ale w końcu spotkaliśmy się wszyscy, z mężami i dziećmi. Za każdym razem, gdy widzę Vân, daję jej dzieciom czekoladki i teraz kojarzą mnie z czekoladą. Nie mogę już im dawać niczego innego, hahaha.

Spotkaliśmy się z M., jego żoną E. i córką E. i spędziliśmy u nich noc, żeby rano zdążyć na igrzyska. M. i JB nawet poszli razem na igrzyska. Zawsze sprawia mi ogromną przyjemność widzieć E., obserwować, jak rośnie z roku na rok, i zwłaszcza widzieć, że mimo rzadkich spotkań pamięta o nas.

A mówiąc o dzieciach, moja siostrzenica rośnie z każdym dniem i nie wiedząc, do czego zdolne jest dziecko, zawsze jestem pod wrażeniem każdego słowa, które udaje jej się poprawnie wymówić po wietnamsku czy po francusku, albo każdego gestu, który wykonuje ze zręcznością. Mamy bardzo mało czasu, aby tworzyć z nią wspomnienia, ale na szczęście ona również bardzo dobrze nas pamięta. Moja siostra podarowała mi na urodziny zdjęcia w stylu „zakładki” nas i mojej siostrzenicy. To dobrze, bo przywiozłam z Wietnamu wiele papierowych książek do czytania i zakładki są mile widziane, zwłaszcza gdy są pełne miłości jak te.

Spotkałam się ponownie z moimi kolegami O. i J. i muszę się spotkać z moją koleżanką Lauriane poznaną w Nikaragui. Muszę też jechać do Amiens z moją koleżanką M., bo obiecałyśmy sobie odwiedzić razem najpiękniejsze katedry we Francji (w tym roku będziemy mieć 3). Hotel w Amiens również opłacony naszymi milami American Express KLM, praktycznie! Będziemy w samym centrum miasta.

Urodziny

Moje urodziny wypadły w dniu, gdy JB był jeszcze na trekkingu na Korsyce (spędził 2 tygodnie na GR20), więc dostawałam prezenty urodzinowe tu i ówdzie… przez cały rok, aby zrekompensować jego nieobecność. Wszystkie preteksty są dobre, aby sprawić sobie przyjemność, prawda?

Na przykład: Czerwona szminka Rouge G. od Guerlain, po prostu dlatego, że uwielbiam jej lusterko zaprojektowane przez bardzo znanego jubilera.
Nie miałam dostać tego platynowego pierścionka też, ale żeby przeprosić za to, że nie było go na moje urodziny, podarował mi go 😀 To był pierwszy raz, kiedy tworzyłam pierścionek w technologii 3D, więc byłam bardzo podekscytowana.

JB zarezerwował nam hotel w Paryżu o nazwie „Paradiso„, „kinowy hotel” poświęcony kinu z bardzo pięknym tarasem na dachu. Mieliśmy projektor i dostęp do 6 platform streamingowych. Są nawet apartamenty jak w prawdziwej sali kinowej, z opcją wynajęcia pobliskiego MK2 na wyłączność. Można też wynająć pokój na 3 godziny. Niestety, jakość obrazu była słaba, było trochę pikselowato przy streamingu (może przez połączenie lub abonament?). JB przygotował filmy w jakości Blu-ray na swoim komputerze i były lepsze niż streaming. To była wspaniała niespodzianka. Dźwięk był świetny, uwielbiałam oglądać sceny walki z „300”!!

Następnie, na początku września, przed wyjazdem na GR20, podarował mi podróż moich marzeń (jedno z moich wielu marzeń): do Grand Hôtel de Cabourg, gdzie Marcel Proust spędził kilka lat. Ten hotel jest w centrum akcji tomu 2 „W poszukiwaniu straconego czasu”: „W cieniu zakwitających dziewcząt”, który zdobył nagrodę Goncourtów. Pojechałam tam z moją torbą NRF i moją Plejadą tom 2. Ponieważ JB podał hotelowi, że to moje urodziny (i że przy okazji jest Gold Member), hotel dał nam upgrade i dostaaliśmy pokój z widokiem na morze !!!! Pokój Marcela Prousta był 418, a mój 416! Widziałam prawie to samo co Proust, gdy tu przebywał. Ten hotel został w dużej mierze sfinansowany milami zgromadzonymi w American Express KLM. Hotel podarował nam też dwa bilety do Willi czasu straconego (nie za ciekawa) i dwa przepyszne magdalenki.

Tylko w Normandii ma się takie hotele 3 metry od plaży. Teraz nowoczesne hotele zawsze mają ogromny basen i mnóstwo palm między hotelem a plażą, taką bliskość plaży znajduje się tylko w Normandii, tak mi się wydaje. 

Więc z mojego pokoju widzę błękit nieba po horyzont i to jest cudowne! Słyszę fale, słyszę ptaki, gdybym mogła, spędziłabym tu całe lato. Wolę ten pokój na najwyższym piętrze, mniejszy i bez balkonu, ale cichy. Jak Proust, nikt nie chodzi mi po głowie. Kiedy Proust tu mieszkał, chciał pokój na najwyższym piętrze, rezerwował dwa sąsiednie pokoje, aby mieć spokój i uniknąć hałasów. Przeczytałam w książce „Proust jasnowidz”, że jego nadwrażliwość była może związana z jego darem jasnowidzenia. To takie logiczne. 

Winda, odnowiona, pozostała dokładnie w tym samym miejscu co za czasów Prousta. I wiele magdalenek spożywanych rano, po południu i wieczorem nieustannie przypomina nam magdalenkę Prousta. Celowo zjedliśmy śniadanie w restauracji hotelowej, którą Proust wieczorem porównał do „akwarium”. Niestety nie mogliśmy tam zjeść obiadu, ponieważ restauracja, nazwana właśnie „Le Balbec”, była zamknięta na początku tygodnia.

Ale bardzo dobrze zjedliśmy obiad gdzie indziej w Cabourg. Na początku września ostrygi z Veules-les-Roses są już bardzo smaczne, trochę za bardzo sobie na nie pozwoliłam. W drodze do Cabourg spędziliśmy 30 minut w Rouen, zawsze jednym z moich ulubionych miast na świecie.

JB skorzystał z oferty Fine Dining odAmerican Express aby zarezerwować nam lunch wOiseau Blanc, restauracji z dwiema gwiazdkami Michelin w pałacu The Peninsula w Paryżu.
Dzięki American Express mogliśmy również skorzystać z dostępu do ogrodu VIP na Rock en Seine + napoje bez ograniczeń przy stoisku American Express.

Potem, w Paryżu, gdy JB wyszedł, dotarły inne prezenty:

  1. Pozłacane okuciа do książki z dzieciństwa JB, którą oprawiłam z pieczołowitością. Wykonał je pewien pan z Tours, którego znalazłam przypadkiem na Le Bon Coin.
  2. Miniaturka perfum Rihanny: Love, don’t be shy by Killian (ludzie mówili, że Rihanna pachnie jak „ raj ”)
  3. Czerwony notes, o dzieciństwie Williama Morrisa, pięknie ilustrowana książka Agaty Kawy
  4. Uzupełnienie do mojej szminki Hermès (numer 85 satiné), wzięłam ostatnią dostępną w sklepie, trzeba było odwiedzić dwa sklepy, żeby ją zdobyć

I w dniu moich urodzin, moja siostra i ja poszłyśmy na lunch do George V. Uwielbiam ich tatara z wołowiny i gorącą czekoladę, dlatego tam poszłyśmy. Następnie zrobiłyśmy rundkę po wystawach u Louisa Vuittona (uwielbiam kufry), Longchamp, Guerlain, Hermès, Goyard… żebym mogła wypatrzeć style galanterii skórzanej, design itp., które mi się podobają. Odkryłam też kufry u Pinel i Pinel, to marka, której jakość bardzo zbliża się do Hermèsa, ale z ceną 4 razy niższą.

Świętowałam „ podwójne urodziny ” z moją koleżanką H., która przyjechała z Wietnamu. Chodziłyśmy z nią do super modnych sklepów, żeby zaczerpnęła inspiracji do dekoracji swojego sklepu w Wietnamie. Przetestowałyśmy wiele restauracji, ukrytych barów z pięknym wystrojem, ale większość czasu byłam rozczarowana jakością jedzenia. Jest tylko jedna restauracja, która bardzo mi się spodobała, ale porcje są malutkie, to BLUEBERRY, bardzo dobra japońska restauracja w 6. dzielnicy.

Rzemiosło

Nie wiem, czy możecie sobie wyobrazić wolność i radość, jaką czuje się wobec przedmiotu, którego pragniemy, a którego niekoniecznie możemy posiadać, ale możemy go wyraźnie zrobić sami i ulepszyć!!! 

Na przykład, gdy patrzyłam na piękne oprawy Silmarillionu, Władcy Pierścieni… byłam prawie zdesperowana, bo to były limitowane edycje, nie do zdobycia i bardzo drogie. Ale teraz spokojnie mogę zrobić oprawę sama, z lepszej jakości skórą.
Przeczytałam książkę „ Stoned ” Adży Raden (link Amazon), która wyjaśniała, że pragniemy przedmiotu niekoniecznie dlatego, że jest piękny, ale dlatego, że jest rzadki i wiemy, że inni też go chcą, i mogą sobie na niego pozwolić. 

To, że mogę sama zrobić prawie każdą torebkę, każdą książkę, każdą biżuterię… przywraca pożądanemu przedmiotowi jego prawdziwą wartość: teraz pragnę go dla jego prawdziwego piękna, a nie dla marketingu wokół niego.

Poważnie rozważałam kolejno CAP z introligatorstwa, potem CAP z kaletnictwa. Poziom francuskich CAP jest bardzo wysoki dla rzemiosła, ale wykreśliłam CAP z introligatorstwa z mojej listy. CAP z introligatorstwa uczy wszystkich rodzajów opraw, które istnieją, ale dowiedziałam się od profesjonalistów i zdałam sobie sprawę, że:

  1. Uwielbiam tylko jeden rodzaj oprawy: passé carton, pełna skóra
  2. Klienci zawsze będą prosić o najtańszą oprawę, czyli bradel

Więc robiąc CAP, ryzykuję, że nauczę się rzeczy, których nigdy nie użyję w życiu. A jako profesjonalna introligatorka ryzykuję, że przez całe życie będę robić oprawy, które mi nie odpowiadają. Poszłam zobaczyć oprawy artystyczne z prestiżowego konkursu introligatorskiego „Biennales Mondiales de la reliure d’Art” i jakość mnie rozczarowała. 1/3 to profesjonalni introligatorzy, a mimo to popełniają błędy, które nawet początkująca taka jak ja może wykryć. Jeśli profesjonaliści robią tak źle oprawione książki, to znaczy, że ten fach umiera, a prawdziwych ekspertów jest coraz mniej.

Co do CAP z kaletnictwa, to bardziej się uzasadnia. Dowiedziałam się od byłego rzemieślnika Hermèsa (jeśli przejdzie się przez Hermès, szkolenie będzie pokryte przez Hermèsa i pôle emploi). Muszę bardziej zgłębić możliwości zatrudnienia, bo nie chciałabym też pracować nad tym samym modelem torebki w kółko, 5 dni w tygodniu przez 10 lat.

Odwiedziłam mnóstwo dostawców kaletniczych w Paryżu i muszę przyznać, że brakuje mi wyjątkowej wietnamskiej obsługi. Tutaj muszę biegać wszędzie po rozwarstwianie, struganie, narzędzia, dodatki. W Wietnamie wystarczy, że wyślę wiadomość na Facebooku i wszystko jest dostarczane przez kuriera w mniej niż 2 godziny pod drzwi mojego hotelu.

Będąc na przedmieściach, każda wyprawa do Paryża zajmowała mi między 2 a 3 godziny. Zachorowałam, bo nosiłam jesienne ubrania, skoro zima już była od września. Na szczęście, dzięki saunie u masażystki i dużej ilości wietnamskich zup, wyzdrowiałam.

Jestem bardzo zadowolona z mojego pobytu w Paryżu, ale jeszcze raz, zrobiłam zbyt wiele rzeczy i zmarnowałam swoją cenną energię. Za każdym razem, gdy jadę metrem, otaczająca negatywność we mnie wnika i osłabia mnie każdego dnia. Myślę, że gdy się tam mieszka, już się tego nie zauważa, ale od chwili, gdy postawiłam stopę we Francji, uderzyła mnie ta negatywność i mentalność ofiary, która unosi się w powietrzu. Zmarnowałam energię, próbując pomóc niektórym ludziom (na ich prośbę), ale zdaję sobie sprawę, że moja pomoc na nic się nie zda, jeśli ci ludzie sami się nie ruszą, chcą całkowicie polegać na mnie; że okazji zawsze było wiele dla każdego z nas, ale trzeba umieć je wykorzystać.

W październiku wezmę swoje książki i spokojnie odpocznę w Sofii, nie będę się z nikim widywać, będę pić dużo matcha, mając nadzieję, że ogrzewanie w Sofii jest skuteczne.

Możliwość komentowania Lato we Francji (2024): DIY, prezenty i luksus została wyłączona