Moje ulubione rzeczy w tym momencie – [luty 2024]: Nie myślcie, że pozbędziecie się książek
Umberto Eco to autor, którego bardzo lubię. Interesuję się tym, co pisze o książkach i bibliofilstwie, ponieważ miał ogromną kolekcję książek (50 000). Ostatnio przeczytałem „Nie myślcie, że pozbędziecie się książek” (link Amazon), napisaną wspólnie z Jean-Claude’em Carrière i bardzo mi się podobała. Obaj autorzy byli bibliofilami, a książka ma formę rozmowy między nimi.
Skomentuję moje ulubione fragmenty, ale myślę, że cytaty wystarczą, żeby zachęcić was do przeczytania. To książka o książkach, o ich przechowywaniu, kolekcjonowaniu, historii, pamięci i wiedzy ludzkości. Jeśli uważam, że Jean-Claude Carrière jest trochę gadatliwy, trochę za bardzo się rozwodzi i myśli, że wszystkie inne cywilizacje są ciekawsze niż jego własna, to mimo to ma ciekawe uwagi, zwłaszcza o świecie kina. Natomiast Umberto Eco wypowiada się tylko wtedy, gdy trzeba, a to, co opowiada, jest niezwykle interesujące i różnorodne.
Jeśli książka jest oceniana nieco gorzej niż inne książki Umberto Eco, to z powodu gadulstwa pana Carrière’a, a nie z winy Umberto Eco. Jednak to książka, którą gorąco wam polecam, bo dowiedziałem się z niej mnóstwa rzeczy.
Tytuł „Nie myślcie, że pozbędziecie się książek” wynika z obserwacji, że ludzie czytają coraz mniej. A kiedy już czytają, to raczej na nośnikach wirtualnych (ebook, audiobook). Jednak ewolucja technologii w ostatnich latach pokazała, że technologie rozwijają się zbyt szybko; nie jesteśmy już w stanie odczytać dyskietek, CD-ROM-ów sprzed zaledwie dwudziestu lat, a książka w standardowym formacie papierowym pozostaje nadal najbardziej trwałym nośnikiem.
Wyobraźmy sobie katastrofę planetarną. Jak zachować wiedzę zgromadzoną przez kilka tysięcy lat, aby przekazać ją ocalałym? Jakie nośniki wykorzystać? Zwłaszcza gdy widać, że nawet dotarcie na Księżyc staje się niemal niemożliwe w ciągu zaledwie 60 lat?
Obaj autorzy byli bibliofilami i mieli w swoich kolekcjach inkunabuły (książki wydrukowane do 1500 roku) w nienagannym stanie, więc wiedzieli, o czym mówią. Jednak Umberto Eco zauważył, że nowoczesne książki są obecnie drukowane na papierze niskiej jakości i nie wytrzymują więcej niż 50 lat: „W każdym razie nie będziemy już mogli czytać Tołstoja i wszystkich książek wydrukowanych na papierze drzewnym, po prostu dlatego, że one już zaczęły się rozkładać w naszych bibliotekach.”
Ta uwaga skłoniła mnie do wielu przemyśleń, ponieważ po uczestnictwie kursie introligatorstwa w warsztatach i zobaczeniu ręcznego wytwarzania papieru szmacianego, zdałem sobie sprawę, że nowoczesne książki (papierowe) nie mogą przetrwać 500 lat jak inkunabuły. Nowoczesny papier wykorzystuje drewno, które bardzo szybko się niszczy; nowoczesna oprawa, która nie łączy już składek za pomocą szycia, używa miękkich okładek… nie sprzyja trwałemu przechowywaniu. Tak więc wszystkie arcydzieła wydrukowane od XIX wieku mogą pewnego dnia całkowicie zniknąć. Stąd znaczenie posiadania „luksusowych” wersji klasyków z XIX, XX, XXI wieku, wydrukowanych na papierze szmacianym w 100% z lnu i oprawionych ręcznie w tradycyjny sposób. Tak robią obecnie niektóre „fine presses”, ale raczej dla bibliofilskiej publiczności, a nie w celu konserwacji.
W swojej małej skali chciałbym stworzyć małą bibliotekę moich ulubionych książek i dać im trwalszą oprawę. W tym celu wydrukuję te książki na papierze wysokiej jakości i wykonam oprawę samodzielnie. Pergamin byłby jeszcze trwalszą opcją, ale nie będzie mnie na niego stać 😀 Mówiąc o oprawie, oto bardzo interesujący fragment opowiedziany przez Jean-Claude’a Carrière’a, dowodzący, że nawet dobrze wydrukowane i dobrze oprawione książki mogą zniknąć:
…introligator z Bagdadu […] żył w X wieku i nazywał się Al-Nadim. Wiecie, że to Irańczycy wynaleźli oprawę, a nawet tę oprawę, która całkowicie zakrywa pismo, aby je chronić. Ten człowiek, wykształcony introligator, a także kaligraf, interesował się książkami, które miał oprawiać, do tego stopnia, że je czytał i za każdym razem robił z nich streszczenie. A książki, które oprawiał, dziś w większości zniknęły, a pozostały tylko streszczenia introligatora, jego katalog, który nosi tytuł Al-Fihrist.
To przypomina mi Focjusza, pierwszego „krytyka literackiego” na świecie, i jego książkę Bibliotheca. Jego książka wciąż istnieje, podczas gdy niektóre książki, które krytykował w swoim dziele, już nie istnieją.
Bardzo ciekawa anegdota dotycząca przechowywania informacji przez 10 000 lat, 100 000 lat podkreśla znaczenie religii.
Jakieś dwadzieścia lat temu NASA albo inna amerykańska organizacja rządowa zastanawiała się, gdzie dokładnie zakopać odpady nuklearne, które, jak wiadomo, zachowują radioaktywność przez dziesięć tysięcy lat – w każdym razie to astronomiczna liczba. Ich problem polegał na tym, że choć miejsce można było gdzieś znaleźć, to nie wiedzieli, jakiego rodzaju znakiem należy je otoczyć, aby zabronić do niego dostępu.
Czyż nie straciliśmy, na przestrzeni dwóch czy trzech tysięcy lat, kluczy do odczytania wielu języków? Jeśli za pięć tysięcy lat ludzie znikną, a wtedy wylądują przybysze z odległego kosmosu, jak wytłumaczymy im, że nie powinni zapuszczać się na dane terytorium? Eksperci powierzyli lingwiście i antropologowi, Tomowi Sebeokowi, zbadanie formy komunikacji, która miałaby przezwyciężyć te trudności. Po przeanalizowaniu wszystkich możliwych rozwiązań, wniosek Sebeoka był taki, że nie istnieje żaden język, nawet piktograficzny, który można by zrozumieć poza kontekstem, w którym powstał. Nie umiemy jednoznacznie interpretować prehistorycznych figur odnajdywanych w jaskiniach. Nawet język ideograficzny może być niezrozumiały. Jedyną możliwością, według niego, było utworzenie bractw religijnych, które przekazywałyby między sobą tabu, «Nie dotykać tego», albo «Nie jeść tego». Tabu może przetrwać pokolenia.
Ta historia nasuwa mi myśl o zakazie jedzenia wieprzowiny. To musiało mieć podłoże naukowe, którego pochodzenie zaginęło.
Przezorni to nie ci, których się spodziewamy. To OREO zainicjowało umieszczenie w bunkrze ciastek OREO wraz z przepisem dla przyszłych pokoleń 😀
Fizyczna biblioteka to również możliwość dostępu do wiedzy. Dzięki niej można od czasu do czasu przeglądać nieprzeczytane książki. Nie da się przeglądać losowo ebooka w swojej bibliotece – nie jest do tego przeznaczona. Tak więc, jeśli masz dzieci w domu, nawet jeśli masz 20 000 ebooków w wirtualnej bibliotece, one ich nie zobaczą, nie będą wiedziały, jak je przeglądać, a mała biblioteczka w domu z „najlepszymi z najlepszych” twoich ulubionych książek będzie dla nich potencjalnym źródłem wiedzy. Albo trzeba regularnie chodzić przeglądać książki do księgarni czy biblioteki. Przynajmniej będą wiedzieć, że takie książki istnieją. Gdy byłam mała, nie czytałam dużo, ale ponieważ mój dziadek miał wszystkie klasyki w swojej bibliotece, zawsze wiedziałam, że taka a taka książka została napisana przez takiego a takiego autora. Ten fragment dał mi wiele do myślenia:
Świat jest więc pełen książek, których nie przeczytaliśmy, ale o których wiemy prawie wszystko. Pytanie więc brzmi: skąd znamy te książki. Bayard mówi, że nigdy nie przeczytał „Ulissesa” Joyce’a, ale jest w stanie opowiadać o nim swoim studentom. Może powiedzieć, że książka opowiada historię rozgrywającą się w ciągu jednego dnia, że akcja toczy się w Dublinie, bohater jest Żydem itd. I te wszystkie informacje, nawet jeśli jej nie przeczytał, są całkowicie prawdziwe. […] Prawda jest taka, że wszyscy mamy w domu dziesiątki, setki, a nawet tysiące (jeśli nasza biblioteka jest pokaźna) nieprzeczytanych książek. A jednak prędzej czy później bierzemy te książki do rąk i orientujemy się, że już je znamy.
I co? Skąd znamy książki, których nie przeczytaliśmy? Pierwsze, okultystyczne wyjaśnienie, którego nie przyjmuję: fale przepływają z książki do ciebie. Drugie wyjaśnienie: przez te lata nieprawdą jest, że nie otwierałeś tej książki – wielokrotnie ją przekładałeś, może nawet kartkowałeś, ale nie pamiętasz. Trzecia odpowiedź: przez te lata czytałeś mnóstwo książek, które cytowały tamtą, przez co stała ci się w końcu znajoma. Jest więc kilka sposobów, aby dowiedzieć się czegoś o nieprzeczytanych książkach. Na szczęście, bo skąd wziąć czas, by przeczytać tę samą książkę czterokrotnie?
Ta książka jest też bardzo zabawna. W pewnym momencie pan Carrière opowiada o licytacji odcisku stopy Buddy (uwaga: jest też taki Mahometa w muzeum Topkapi w Stambule), a Umberto Eco odpowiada: „To odciski w Chinese Theatre na Hollywood Boulevard, przed literą!” ahahaha
A oto kilka żartów o przyszłości:
W latach sześćdziesiątych napisałem żart (opublikowany w Pastiches et Postiches). Wyobrażałem sobie cywilizację przyszłości znajdującą w jeziorze zakopane tytanowe pudełko z dokumentami, które Bertrand Russell zabezpieczył w czasach, gdy organizował marsze antyatomowe i gdy byliśmy dosłownie zafiksowani, bardziej niż dziś, na zagrożeniu nuklearnym (nie żeby zagrożenie osłabło, wręcz przeciwnie, ale przywykliśmy do niego). Żart polegał na tym, że ocalone dokumenty to tak naprawdę były teksty piosenek. Filolodzy przyszłości próbowali zrekonstruować tę zaginioną cywilizację, naszą, na podstawie tych piosenek, interpretowanych jako szczyt poezji naszych czasów.
Później dowiedziałem się, że o moim tekście dyskutowano na seminarium z filologii greckiej, gdzie naukowcy zastanawiali się, czy fragmenty poetów greckich, nad którymi pracowali, nie są przypadkiem tego samego rodzaju.
Z pewnością znacie tę piękną historię science-fiction opowiadającą, jak Pentagon w następnym stuleciu, w społeczeństwie, w którym już tylko komputery myślą za nas, odkrywa kogoś, kto wciąż zna na pamięć tabliczkę mnożenia. Wojskowi jednogłośnie uznają, że toswego rodzaju szczególnie cenny geniusz na czas wojny, na dzień, w którym świat padnie ofiarą globalnej awarii prądu.
W społeczeństwie, w którym ludzie nie potrafią nawet wyszukać czegoś w Google, to niestety brzmi dla mnie wiarygodnie. Może kiedyś film „Idiokracja” stanie się rzeczywistością.
Był fragment na temat Sofii. Spędziłem miesiąc w tym mieście, nie słysząc nigdy o miejscu, o którym wspomniał:
Niedawno byłem w Bułgarii, w Sofii. Zatrzymałem się w hotelu Arena Serdica którego nie znam. Wchodząc, zdaję sobie sprawę, że hotel został zbudowany na ruinach, które można zobaczyć przez wielką szklaną płytę. Pytam personel hotelu. Wyjaśniają mi, że rzeczywiście w tym miejscu stał rzymski koloseum. Zaskoczenie. Nie wiedziałem, że Rzymianie zbudowali koloseum w Sofii, zabytek, który – jak dodają – miał tylko dziesięć metrów mniej średnicy niż to w Rzymie. Ogromne, więc. A na zewnętrznych ścianach koloseum archeolodzy znaleźli rzeźby, które są jak plakaty przedstawiające odbywające się tam widowiska. Widać na nich tancerki, oczywiście gladiatorów, a także coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem – walkę lwa z krokodylem. W Sofii!
Mały sympatyczny anegdot:
J.-C.C.: Ponieważ Meksyk leży czterysta kilometrów od każdego oceanu, istniały sztafety biegaczy które dostarczały świeżą rybę na stół cesarza w mniej niż jeden dzień. Każdy z nich biegł co sił przez czterysta lub pięćset metrów, po czym przekazywał swój ładunek.
Moja ulubiona część dotyczy oczywiście bibliofilstwa. Dowiedziałem się już sporo dzięki małej książeczce „Bibliofilstwo” z kolekcji „Que sais-je” oraz po wizycie w muzeum drukarstwa w Lyonie. Ale zamieszczam tu kilka fragmentów na wypadek, gdybyście nie wiedzieli:
Pierwsze drukowane książki nie były zresztą kupowane w oprawie. Trzeba było kupić arkusze, które następnie należało oprawić. A różnorodność opraw dzieł, które kolekcjonujemy, jest jednym z powodów wyjaśniających radość, jaką możemy czerpać z bibliofilstwa. […] Myślę, że to między XVII a XVIII wiekiem pojawiają się pierwsze dzieła sprzedawane już w oprawie.
J.-C.C.: To się nazywa „oprawy wydawcy”.
U-E: Ale był też inny sposób personalizowania drukowanych książek: pozostawianie niezadrukowanych wielkich inicjałów na każdej stronie, aby iluminatorzy mogli wmówić posiadaczowi, że tak naprawdę trzyma w rękach unikalny rękopis. Cała ta praca, oczywiście, była wykonywana ręcznie. To samo, jeśli książka zawierała ryciny: każda była podkolorowywana.[…]
Trzeba też dodać, że książki były bardzo drogie i tylko królowie, książęta, zamożni bankierzy mogli sobie pozwolić na ich nabycie. Cena tego małego inkunabułu, który wyjąłem ze swojej biblioteki, była w chwili jego powstania prawdopodobnie wyższa niż dzisiaj. Uświadommy sobie, ile małych cieląt trzeba zabić, aby stworzyć tego typu dzieło, gdzie wszystkie strony są wydrukowane na welinie, czyli skórze martwo urodzonego cielęcia. Régis Debray zastanawiał się, co by się stało, gdyby Rzymianie i Grecy byli wegetarianami. Nie mielibyśmy żadnej z książek, które starożytność pozostawiła nam na pergaminie, czyli na garbowanej i odpornej skórze zwierzęcej.[…]Biblioteka w Timbuktu przez całą swoją historię wzbogacała się o dzieła, które studenci, przybywający od średniowiecza, by spotkać się z czarnymi mędrcami Mali, przynosili ze sobą jako środek wymiany i zostawiali na miejscu.
Obsesją kolekcjonera jest często zdobycie rzadkiego przedmiotu, a niekoniecznie jego przechowywanie.[…]
[Książka] staje się przedmiotem finansowym, produktem, i to jest dość smutne. Kolekcjonerzy, prawdziwi miłośnicy książek, to zazwyczaj nie ludzie z ogromnym majątkiem.[…]
Miałem studenta, który kolekcjonował tylko przewodniki turystyczne po różnych miastach, te najbardziej nieaktualne, które sprzedawano mu za bezcen. Wyciągnął z tego mimo wszystko pracę doktorską o wizji miasta na przestrzeni dekad. Następnie opublikował swoją pracę. Zrobił z niej książkę.[…]
Fahrenheit 451, to także tytuł audycji włoskiego radia. Ale chodzi dokładnie o coś przeciwnego: słuchacz dzwoni, aby wyjaśnić, że nie może znaleźć lub zgubił taką a taką książkę. Inny natychmiast dzwoni, aby powiedzieć, że posiada egzemplarz i jest gotów go oddać.
A propos książek i spadków:
Mogę opowiedzieć, jak nabyłem kiedyś kompletnego Fludda, w jednolitej, oryginalnej oprawie. Zapewne unikalny egzemplarz. Historia zaczyna się w zamożnej angielskiej rodzinie, która posiada cenną bibliotekę i ma kilkoro dzieci. Wśród nich, co zdarza się często, tylko jedno zna prawdziwą wartość książek. Gdy ojciec umiera, znawca mówi niedbale do rodzeństwa: «Ja biorę tylko książki. Radźcie sobie z resztą.» Pozostali są zachwyceni. Dostają ziemię, pieniądze, meble, zamek. Ale nowy posiadacz książek, gdy już je ma, nie może ich sprzedać oficjalnie, pod groźbą zaalarmowania rodziny, która zorientuje się, patrząc na wyniki sprzedaży, że „tylko książki” to nie było nic, wręcz przeciwnie, i że dali się nabrać. Postanawia więc, nie mówiąc o tym rodzinie, sprzedać je potajemnie międzynarodowym agentom, którzy często są bardzo dziwnymi postaciami. Fludd trafił do mnie za pośrednictwem agenta, który poruszał się motorowerem, z plastikową torbą przyczepioną do kierownicy, a w tej torbie przewoził czasem skarby. Spłacałem ten komplet przez cztery lata, ale nikt w angielskiej rodzinie nie mógł się dowiedzieć, w czyje ręce ostatecznie trafił i za jaką cenę.[…]
Istnieje sposób na zachęcanie do czytania, który wymyślił pisarz Achille Campanile. Jak markiz Fuscaldo stał się najmądrzejszym człowiekiem swoich czasów? Odziedziczył po ojcu ogromną bibliotekę, ale miał ją w głębokim poważaniu. Pewnego dnia, otwierając książkę przez przypadek, znajduje między dwiema stronami banknot tysiąca lirów. Zastanawia się, czy w innych książkach może być podobnie, i resztę życia spędza na systematycznym kartkowaniu wszystkich odziedziczonych książek. I tak właśnie staje się chodzącą encyklopedią.
O wydawnictwach samo finansowych (vanity press):
Wysyłasz swój tekst do jednej z tych firm, które nie szczędzą pochwał na temat jego oczywistych walorów literackich i proponują, że cię wydadzą. Jesteś poruszony. Podpisują z tobą umowę, która stanowi, że musisz sfinansować publikację swojego rękopisu, a w zamian wydawca postara się, abyś doczekał się licznych recenzji i być może nawet pochlebnych wyróżnień literackich. Umowa nie precyzuje liczby egzemplarzy, które wydawca ma wydrukować, ale podkreśla, że niewydane egzemplarze zostaną zniszczone, „chyba że zechcesz je wykupić”. Wydawca drukuje trzysta kopii, sto dla autora, który wysyła je bliskim, i dwieście do gazet, które szybko lądują w koszu.
Ale wydawnictwo ma swoje konfidencjonalne czasopisma, w których wkrótce pojawią się recenzje wychwalające tę „ważną” książkę. Aby zdobyć podziw bliskich, autor kupuje jeszcze, powiedzmy, sto egzemplarzy (które wydawca chętnie dodrukowuje). Po roku dowiaduje się, że sprzedaż nie była zbyt dobra i że pozostała część nakładu (który – jak mu przekazano – wynosił dziesięć tysięcy) zostanie zniszczona. Ile chce ich odkupić? Autora przeraża myśl, że jego ukochana książka zniknie. Kupuje więc trzy tysiące. Wydawca natychmiast dodrukowuje trzy tysiące, które wcześniej nie istniały, i sprzedaje je autorowi. Interes kwitnie, bo wydawca nie ponosi żadnych kosztów dystrybucji.
Inny przykład vanity press (a można by wymienić mnóstwo podobnych publikacji) to znajdujące się w moich zbiorach wydanie „Biograficznego słownika współczesnych Włochów”. Zasada jest taka, że płacisz za umieszczenie w nim informacji. Znajdziesz tam: „Pavese Cesare, urodzony 9 września 1908 w Santo Stefano Belbo, zmarł w Turynie 26 sierpnia 1950”, z dopiskiem: „Tłumacz i pisarz”. I to wszystko.
O wspaniałych książkach Kirchera, które obaj autorzy kolekcjonowali:
Nie wspominając o Turris Babel. Na podstawie uczonych obliczeń pokazuje tam, że wieża Babel nie mogła zostać ukończona, ponieważ gdyby w nieszczęściu została dokończona, przesunęłaby Ziemię z jej osi ze względu na swoją wysokość i ciężar.

Jeśli jesteś autorem lub autorką, oto liczba sprzedanych egzemplarzy, która może cię czekać (wyobrażam sobie, że w ostatnich latach jest ich jeszcze mniej?):
Jeśli sprzedasz dwieście lub trzysta tysięcy egzemplarzy we Francji, to rekord. W Niemczech trzeba przekroczyć milion, aby być dobrze postrzeganym. Najniższe nakłady znajdziesz w Anglii. Anglicy zazwyczaj wolą wypożyczać książki z bibliotek. Włochy natomiast plasują się tuż przed Ghaną. Z drugiej strony Włosi czytają dużo czasopism, więcej niż Francuzi. To właśnie prasa znalazła dobry sposób na sprowadzenie nieczytających z powrotem do książek.
Jak? Stało się to w Hiszpanii i we Włoszech, a nie we Francji. Gazeta codzienna oferuje swoim czytelnikom, za niewielką opłatą, książkę lub DVD z gazetą. Praktyka ta była potępiana przez księgarzy, ale mimo wszystko się przyjęła. Pamiętam, że kiedy „Imię róży” było oferowane w ten sposób bezpłatnie jako dodatek do dziennika „La Repubblica”, gazeta sprzedała dwa miliony egzemplarzy (w miejsce zwykłych 650 000), a moja książka trafiła tym samym do dwóch milionów czytelników (a jeśli weźmie się pod uwagę, że książka może zainteresować całą rodzinę, to ostrożnie można powiedzieć: cztery miliony). Było to rzeczywiście powodem do niepokoju dla księgarzy. Jednak sześć miesięcy później, sprawdzając półroczne wyniki sprzedaży w księgarniach, okazało się, że sprzedaż wydania kieszonkowego spadła w sposób nieznaczny. A zatem te dwa miliony to po prostu ludzie, którzy zwykle nie odwiedzali księgarń. Zyskaliśmy nową publiczność.
W ten oto sposób Harry Potter został wypromowany w Wietnamie. Te książki zachęciły pokolenie dzieci do czytania. Fragmenty Harry’ego Pottera najpierw publikowano w czasopismach, jeden rozdział tygodniowo. Potem zaczęto sprzedawać 2-3 rozdziały w broszurze, za niewielką kwotę, jedną broszurę tygodniowo, aby dzieci mogły je kupić. Dopiero po drugim tomie zaczęto oferować grube książki, gdy rodzice zdali sobie sprawę z wartości Harry’ego Pottera i kupowali je swoim dzieciom.
Kończymy dyskusją na temat liczby książek:
Udowodniono, że najsłynniejsze biblioteki średniowiecza zawierały co najwyżej czterysta książek! […]
U.E.: Myślę, że zwykle panuje zamieszanie między biblioteką osobistą a kolekcją starodruków. Mieści się między moim głównym domem a moimi domami letniskowymi pięćdziesiąt tysięcy książek. Ale to są nowoczesne książki. Moje rzadkie książki to tysiąc dwieście tytułów. Ale jest jeszcze jedna różnica. Starodruki to te, które wybrałem (i zapłaciłem), a nowoczesne książki to te, które kupiłem przez lata, ale także, i coraz częściej, książki otrzymywane w darze. Chociaż rozdaję mnóstwo z nich swoim studentom, zatrzymuję ich całkiem sporo i dochodzimy do liczby pięćdziesięciu tysięcy.
J.-C.C.: Jeśli odłożę na bok moją kolekcję baśni i legend, to mam może dwa tysiące starych książek na ogólną liczbę trzydziestu czy czterdziestu tysięcy. Ale niektóre z tych książek bywają czasem ciężarem. Nie możesz się już rozstać z książką, którą podarował ci przyjaciel z dedykacją, na przykład.[…]Licząc najniższą cenę za biblioteczkę z sześcioma półkami, tę najbardziej ekonomiczną, wychodziło mi 500 euro za metr kwadratowy. Na metrze kwadratowym z sześcioma półkami mogłem bez wątpienia zmieścić około trzystu książek. Czyli miejsce dla każdej książki kosztowało 40 euro. Drożej niż sama książka.
To dobra wiadomość. Ich ogromne biblioteki zawierają więcej prezentów niż książek, które naprawdę warto zachować. Oznacza to, że książek wysokiej jakości nie jest aż tak wiele. Z 120 książek, które przeczytałem w 2023 roku, stwierdziłem, że tylko 3 zasługują na ponowne przeczytanie. Nie dlatego, że nie zasługiwały na przeczytanie, ale na przeczytanie tylko raz. To książki, które mogę wypożyczyć z biblioteki. Aby je zapamiętać, wystarczyło, że robiłem sobie krótkie streszczenia 2-3 stron na książkę. Natomiast książki, które muszę czytać wielokrotnie, zasługują na to, by znaleźć się w mojej fizycznej bibliotece, bo muszą być podkreślane i opatrzone notatkami. Tak więc moja „idealna biblioteka” liczyłaby tylko 50 książek, jak sądzę. Nawet ta książka „Nie spodziewaj się, że pozbędziesz się książek”, którą bardzo bardzo lubiłem, nigdy nie będzie przeczytana ponownie.
Bibliofile boją się dwóch rzeczy: pożaru i złodziei-bibliofilów:
Katedra albo biblioteka, która płonie w średniowieczu, to mniej więcej jak film o wojnie na Pacyfiku, w którym widać spadający samolot. To było normalne. To, że biblioteka w „Imieniu róży” w końcu płonie, nie jest w żaden sposób wydarzeniem nadzwyczajnym w tamtych czasach. […]
Najbardziej niebezpieczni są złodzieje-bibliofile, ci, którzy kradną pojedynczą książkę. Księgarze w końcu identyfikują tych klientów kleptomanów i sygnalizują ich kolegom po fachu. Zwykli złodzieje nie są groźni dla kolekcjonera. Wyobraźmy sobie, że biedni włamywacze odważą się ukraść moją kolekcję. Potrzebowaliby dwóch nocy, żeby spakować wszystkie książki do skrzyń, i ciężarówki, żeby je przewieźć.
Następnie (jeśli cały zestaw nie zostanie kupiony przez Arsena Lupina, który ukryłby go w Wydrążonej igle), antykwariusze daliby za nie grosze, i to tylko pozbawieni skrupułów handlarze, bo byłoby oczywiste, że to skradziony towar. Zresztą dobry kolekcjoner sporządza dla każdej rzadkiej książki kartę, na której opisuje nawet wady i wszelkie inne cechy identyfikacyjne, a w policji istnieje wydział specjalizujący się w kradzieżach dzieł sztuki i książek. We Włoszech, na przykład, jest on szczególnie skuteczny, zdobywszy swoje umiejętności w czasach, gdy chodziło o odnalezienie dzieł sztuki zaginionych podczas wojny. I wreszcie, jeśli złodziej zdecyduje się wziąć tylko trzy książki, na pewno się pomyli, biorąc te o najbardziej imponujących formatach albo z najpiękniejszą oprawą, sądząc, że są najdroższe, podczas gdy rzadsza książka może być tak mała, że się jej nie zauważa. Największe ryzyko to osoba wysłana specjalnie przez szalonego kolekcjonera, który wie, że posiadasz tę właśnie książkę, i chce ją mieć za wszelką cenę, nawet kosztem kradzieży. Ale musiałbyś posiadać Folio Szekspira z 1623 roku, inaczej nie warto podejmować takiego ryzyka.
Na zakończenie tego artykułu mamy dokładne wyjaśnienie tego, co było w pudełku z filmu „Piękność dnia”, którego scenarzystą był pan Carrière. Uwaga, prawda nie zawsze jest przyjemna do usłyszenia. Jest surowa i nieprzyjemna. Jeśli mimo wszystko chcesz wiedzieć, czytaj do końca, w przeciwnym razie pozostaw to swojej wyobraźni!
Kiedy pytano Buñuela, co tam jest, odpowiadał: „Fotografia pana Carrière’a. Dlatego dziewczyny są przerażone.” Kiedyś dzwoni do mnie do domu nieznajomy, znów w związku z filmem, i pyta, czy mieszkałem kiedyś w Laosie. Nie byłem tam, mówię. To samo pytanie do Buñuela i podobne zaprzeczenie. Mężczyzna w telefonie jest zdziwiony. Jego zdaniem słynne pudełko absolutnie przywodzi na myśl dawny laotański zwyczaj. Pytam go więc, czy wie, co jest w pudełku. Mówi: „Oczywiście! – Proszę bardzo, niech mi pan powie! – mówię mu wtedy.” Wyjaśnia, że zwyczaj ten polegał na tym, że kobiety przywiązywały sobie duże żuki srebrnymi łańcuszkami do łechtaczki podczas aktu miłosnego, a ruch ich odnóży pozwalał im osiągać orgazm wolniej i delikatniej. Trochę mnie zatkało i mówię mu, że nigdy nie pomyślelibyśmy o zamknięciu żuka w pudełku z „Piękności dnia”. Mężczyzna się rozłącza. I natychmiast odczuwam straszne rozczarowanie na samą myśl o tym, że wiem! Straciłem słodko-gorzki smak tajemnicy.


