Tydzień w Bhutanie, kraju szczęścia: Część 3/4
Dziś przed nami znowu sporo drogi.
Ten artykuł jest częścią serii o Bhutanie, przeczytaj najpierw pierwszą , a następnie druga część.
Część 1: Dziennik podróży
Część 2: Praktyczne wskazówki
Część 1: Dziennik podróży
Przechodzimy obok stupy, gdzie kupujemy dla mnie szalik. Ma napisane „baby jak”, jest bardzo miękki. 1800 BTN. Sprzedawca wydaje JB resztę w rupiach indyjskich i musiał zapytać przewodnika, czy można ich używać. Waluta Bhutanu jest powiązana z rupią indyjską, a ponieważ handel z Indiami jest duży, można ich używać bez żadnego problemu.
Dziś odwiedzamy jeden z największych punktów programu: Punakha Dzong.




To świątynia, która pełni też funkcję ratusza, ma trzy duże dziedzińce, a pierwszy dziedziniec otaczają budynki administracyjne. Aby dostać się do świątyni, musimy wejść po dość stromych schodach i widać wiele gniazd pszczół. Na drugim dziedzińcu znajduje się kolejna piękna świątynia, ale wstęp do niej jest nam zabroniony. Trzeci dziedziniec składa się z dwóch świątyń, z których jedną można zwiedzić.
Przy wejściu do budynku uderza mnie magiczny kwadrat 3×3, który kojarzy się też z Yi King. Proszę przewodnika, aby podał mi cyfry arabskie i sprawdzam, czy kwadrat jest ułożony inaczej, ale jest taki sam.




Potem wyjaśnia nam rysunki na zewnątrz świątyni, które przedstawiają 6 krain, w których się reinkarnujemy. Nawet jeśli jesteśmy w krainie bogów, najwyższej, to i tak nie wychodzimy z koła reinkarnacji, więc celem jest całkowite wyjście z wcielenia z tego świata samsary, to jest dobrze wyjaśnione!


Wewnątrz są bardzo kolorowe rysunki, które opowiadają o życiu Buddy. Tym razem rysunki są ułożone chronologicznie i przewodnik je wyjaśnia, w innych świątyniach są też, ale w nieładzie.


Most wiszący
W Bhutanie jest wiele mostów wiszących, ale ten jest tuż przy świątyni i jest bardzo długi. Mam lęk wysokości, więc przeszłam tylko 10 metrów, bo inny przewodnik bawi się w skakanie i bujanie mostu. Zostawiłam JB i przewodnika, żeby poszli tam i z powrotem. To byłby idealny miejsce na powieszenie flag modlitewnych, ale ich nie kupiliśmy. Nie szkodzi, wykorzystamy efekt flag modlitewnych innych turystów.


Homestay
Od kilku dni mówią nam o tym słynnym homestayu, gdzie gospodyni jest jak mama dla wszystkich gości. Droga, która tam prowadzi, nie jest łatwa (nie może padać), ale docieramy, jadąc bardzo wolno. Po drodze widzę ogromną żywicę zbierającą się na pniu drzewa i pokazuję Bhutańczykom, zdumionym, jak powstawał bursztyn z tych żywic i dlaczego bursztyn z zatopionymi w nim owadami jest wart fortunę. Są pod wielkim wrażeniem i w końcu rozumieją, dlaczego inni turyści noszą na szyi te żółte „kamienie”. Nasz kierowca mówi, że będzie bardziej uważał podczas spacerów po lesie, ale ostrzegam go, że żywica musi leżeć miliony lat, żeby stać się bursztynem, więc trzeba być cierpliwym 😀
Nasz homestay to tradycyjny bhutański dom nad polami ryżowymi, otoczony górami. Dziś są żniwa i kilku sąsiadów przychodzi pomóc.




Przyjęto nas bardzo gościnnie. Od razu po przyjeździe dostajemy zwykłą herbatę powitalną, ale też owies i chipsy do maczania w herbacie. Dwa koty przychodzą się przywitać i uroczy pies, którego nie wolno dotykać (będą nam to powtarzać kilka razy).

Ten trochę słodki deser ma nazwę, którą oczywiście zapomniałam.


W pokoju, w którym mieliśmy spać, jest turysta, więc dostaliśmy inny, bardziej praktyczny, bo na tym samym piętrze co łazienki. Od kiedy jesteśmy w Bhutanie, budzimy się kilka razy w nocy do toalety, więc cieszę się, że jest na tym samym piętrze, zamiast wchodzić po ich bardzo stromych schodach. Turysta, który jest tu od 3 dni, to amerykański restaurator. Podróżuje sam, ale musi mieć przewodnika i kierowcę. Jego przewodnik jest ornitologiem i mieli ciekawe spacery po lesie, bo szczerze mówiąc, nie ma tu nic innego do roboty.



Kolacja jest w formie bufetu i jest pyszna, jak zwykle. Z powodu bariery językowej nie bardzo możemy porozumieć się z gospodynią i nie mamy też zbyt wielu pytań, ponieważ to, co chcemy wiedzieć, opowiada nam przewodnik. Uśmiechamy się do siebie, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, ale nikomu to chyba nie przeszkadza. Patrzymy, jak przygotowują posiłek w kuchni w połowie nowoczesnej, w połowie tradycyjnej. Mężczyźni, oczywiście, wyciągają mocny alkohol dla JB. Nasz kierowca jest tu już 3 lub 4 raz i mówi, że czuje się jak u siebie.
Łazienki są współdzielone, ale są dwie i czyste. Nie próbowałam brać prysznica, bo chyba nie ma ciepłej wody. Nie ma też Wi-Fi, co nam odpowiada, bo chcemy się maksymalnie odciąć. Przy wyjeździe z homestayu gospodyni przytula nas mocno. Przewodnik podsumowuje, że mamy teraz bhutańską mamę.
Spędzenie tu tylko jednej nocy nie wystarczy, żeby poczuć się jak w domu, ale bardzo mi się podoba. Amerykański turysta, który spędził w homestayu więcej czasu niż my, wyjechał ze łzami w oczach. Zobaczymy go kilka godzin później na przystanku, bo jedziemy tą samą drogą.
Cordyceps

Reszta dnia ma być bez atrakcji, ale ponieważ zapomniałam dwóch kosmetyków w naszym pierwszym hotelu, zatrzymujemy się w Thimpu i przy okazji szukamy sklepu jubilerskiego (znalezionego na Google Maps, ale w rzeczywistości nieistniejącego); i kupujemy cordyceps. Bhutańskie cordycepsy są najlepsze na świecie.
Nasz przewodnik zabiera nas do swojego kumpla, który od niedawna sprzedaje cordycepsy. Mamy cennik przed przyjazdem, więc wiemy, czego się spodziewać, ale dopiero gdy docieramy na miejsce i widzimy mikroskopijne rozmiary cordycepsów, które sprzedają się po 33 dolary za sztukę, rozumiem, dlaczego trzeba być bardzo bogatym, żeby spożywać je regularnie. Cordyceps jest bardzo znany wśród Azjatów, ale wy, Europejczycy, na pewno uważacie ten produkt za absolutnie obrzydliwy.
To grzyb, który rośnie wewnątrz gąsienicy, wysysa z niej całą energię, a na końcu… życie, bo grzyb przebija gąsienicę (RIP) i ją zabija. Finalny produkt jest więc w połowie gąsienicą, w połowie grzybem. Jak wszystkie dziwne azjatyckie produkty medyczne, jest drogi, rzadki i nie można go hodować. W Bhutanie są tylko dwa momenty w roku, kiedy Bhutańczycy z certyfikatem mogą wyruszyć na poszukiwanie cordycepsów w Himalajach, wysoko w górach. Nie ma świeżych cordycepsów, bo trzeba kilka dni, żeby je sprowadzić z gór, więc wszystkie są myte, sortowane i suszone przed spożyciem. Cordyceps to zastrzyk energii nieporównywalny z innymi lekami. To, że grzyb rośnie wewnątrz robaka, sprawia, że wszystko, co grzyb wydziela (przeciwutleniacze, środki antyseptyczne, aminokwasy…) zostaje zachowane wewnątrz robaka, zamiast ginąć w ziemi. Czytałam bardzo poważną książkę na ten temat, z dokładnym składem dobrych substancji w cordycepsie. Nawet mnie udało się przekonać po lekturze. Biorąc pod uwagę cenę, oczywiście próbowali hodować grzyba samego, ale nie ma on takiego stężenia pewnej substancji aktywnej jak w naturze, z gąsienicą.
Jest kilka jakości, a im wyżej się wejdzie, tym gąsienica jest większa, ładniejsza, a grzyb odpowiednio duży. Najlepsza jakość nie jest już dostępna, więc musimy zadowolić się trzecią jakością, ale to wciąż drogo. Do tego nie mamy dużo dolarów, więc ledwo starcza nam na 3 cordycepsy, co daje 1 gram. Sprzedawca wybiera dla nas gąsienice z jędrnymi nóżkami. Czerwone oczy to cecha widoczna u bhutańskich cordycepsów (w przeciwieństwie do chińskich).



Dostajemy certyfikat do okazania na celnikach na wszelki wypadek (ale w rzeczywistości nikt o to nie pyta na lotnisku). Są też woreczki z połamanymi cordycepsami; myślę, że do spożycia to interesujące, nie trzeba, żeby gąsienica była nietknięta, ale 1 kg tych połamanych gąsienic kosztuje i tak kilka tysięcy dolarów. A 1 kg najlepszej jakości to 400 000$ !!!! Tak więc przedłużanie życia ma swoją cenę! Nie wiem, jak to smakuje, bo wszystkie trzy zostały podarowane moim rodzicom. Wrzucili je do zupy. Można też z nich robić różne herbaty, ale zawsze trzeba na końcu zjeść gąsienicę.
JB prosi, żeby nas podwieziono na Pocztę, bo od tamtej pory się dowiedział i uznał, że kolekcja bhutańskich znaczków, z pewnością rzadkich, to dobry pomysł. I oto mamy 35 euro znaczków, które trzymamy na pamiątkę i które być może kiedyś przyniosą nam fortunę 😀


Przejeżdżamy obok jedynego ronda z ludzką sygnalizacją świetlną w Bhutanie. Policjant nie spodziewał się, że zrobię mu zdjęcie, i wzdrygnął się, widząc mnie z telefonem.

Tradycyjne stroje
Podwożą nas pod kolejną świątynię, ale nie wchodzimy do środka, bo budynek jest czysto administracyjny. To tutaj wypożycza się tradycyjne bhutańskie stroje. Wybieram wzór typowo bhutański. Przewodnik mówi mi, że lepiej iść na tył sklepu, gdzie są ubrania lepszej jakości. I ma rację, bo w porównaniu z innymi turystami wyglądamy nieco bardziej elegancko. Przewodnicy są bardzo wzruszeni, widząc mnie w tradycyjnym stroju, i robimy sobie wspólne zdjęcia na pamiątkę. To bardzo rzadkie, żeby Bhutańczyk ubierał się w zachodnie stroje, bo ich ubrania są dużo wygodniejsze.


Idziemy do browaru i JB decyduje się na degustację kilkunastu piw, podczas gdy ja zamawiam herbatę z mlekiem jak zwykle. To trochę nudny przystanek, bo nie jesteśmy miłośnikami piwa.

Ponieważ nie jesteśmy daleko od lotniska, pytam, czy możemy zobaczyć lądujący samolot (lądowanie w Bhutanie jest dość spektakularne), ale okazuje się, że jedyny samolot, który miał dziś lądować, już przyleciał z 1-godzinnym wyprzedzeniem.
Dziś wieczorem przenocujemy w hotelu w Paro, niedaleko Tygrysiego Gniazda. Tak blisko, że z lobby hotelu widać Tygrysie Gniazdo (białe punkciki w górach). Podają nam tak skromną kolację, że nawet ja zjadłam cały talerz, bo nie ma czego jeść. Do tego jest „miesiąc wegański” (terminy różnią się w zależności od hotelu), więc jest jeszcze lżej dla mięsożerców takich jak my. Na szczęście pani z homestayu dała mi rano dużo brzoskwiń z ogrodu, więc tak się żywimy, bo potrzebujemy sił na wspinaczkę do Tygrysiego Gniazda jutro rano.

Część 2: Praktyczne wskazówki
Wyjechaliśmy z agencją Bhutan Inbound. Więcej informacji na cenie i płatności tutaj