Tydzień w Bhutanie, kraju szczęścia: Część 1/4
Korzystamy z pobytu w Azji, aby spełnić jedno z naszych marzeń: odwiedzić Bhutan, kraj, którego mieszkańcy uchodzą za najszczęśliwszych na świecie, aby poznać ich przepis na szczęście.
Część 1: Dziennik podróży
Część 2: Praktyczne wskazówki
Część 1: Dziennik podróży
Wybór biura podróży
Chociaż koszty życia są bardzo niskie, wizyta w Bhutanie wymaga dobrze wypchanego portfela, ponieważ trzeba:
- płacić obowiązkową dzienną opłatę w wysokości 100$/osoba/dzień, która trafia bezpośrednio do rządu
- zwiedzać obowiązkowo z przewodnikiem
- transport publiczny jest rzadki, trzeba doliczyć kierowcę
Ponieważ jesteśmy na początku pory monsunowej (koniec maja – początek czerwca), turystów jest niewielu (poza sąsiadami z Indii, którzy mają wakacje) i mamy prywatną wycieczkę przez tydzień.
Biuro, które wybraliśmy, nazywa się Bhutan Best Inbound Tour, to bhutańskie biuro. Przeczytałem bardzo pozytywną opinię w internecie i odpowiadają bardzo szybko na Whatsappie. Cena oferowana przez biuro jest niższa niż stawki podawane przez wietnamskie biura. Wycieczka, którą wybraliśmy, nazywa się „Classical Cultural Tour”, 7 dni i 6 nocy, ale szczerze myślę, że moglibyśmy skrócić program do 5 dni i 4 nocy. Powód, dla którego wybieramy 7 dni, jest następujący: jedziemy tam raz w życiu, warto trochę bardziej z tego skorzystać.
Zakup biletu lotniczego i płatność
Jesteśmy obecnie w Wietnamie i nie ma bezpośredniego lotu między Wietnamem a Bhutanem. Najbliższym punktem startowym jest Bangkok. Dlatego decydujemy się spędzić jedną noc w Bangkoku przed lotem do Bhutanu następnego dnia. Europejczycy lub Amerykanie raczej jadą przez Katmandu w Nepalu. Biuro może zarezerwować bilet lotniczy dla nas, bez dodatkowych opłat, a ceny nie wahają się zbytnio (około 890$/osoba w obie strony), ale wolimy rezerwować lot sami.
Jeśli chodzi o płatność dla biura, ponieważ nie akceptują płatności online, robimy przelew bankowy przez Wise, to szybsze (pieniądze docierają 3-4 dni później) i mniej uciążliwe niż przez nasz bank. Koszt przelewu: 43$ za przelew 2240$. Możecie skorzystać z mojego linku polecającego do pierwszego darmowego przelewu. To usługa, której używamy systematycznie do przelewów międzynarodowych (poza strefą SEPA), odkąd nasz bank stwarzał niepotrzebne trudności przy płatności za naszą podróż do Egiptu (prośba o dokumenty, przedłużające się terminy, wysokie opłaty, …).
Biuro zajmuje się wnioskiem wizowym za nas.
Po dokonaniu płatności i uzyskaniu wizy, pozostaje nam tylko niecierpliwe czekanie na podróż. Bardzo zajęta wieloma aktywnościami w Wietnamie, nie mam ani chwili, aby doczytać o Bhutanie. Program przygotowany przez biuro wydaje się odpowiadać zdjęciom zrobionym przez moich znajomych, którzy odwiedzili Bhutan, więc nie formułuję też specjalnych próśb. Więc jedziemy i odkrywamy kraj w trybie „totalnego zaskoczenia”.
Dzień 1
Na lotnisku w Bangkoku odprawa przebiega w atmosferze Peace & Love, bo nikogo nie ma!! Widzimy tylko Bhutańczyka ładującego ogromny telewizor i dochodzimy do wniosku, że w Bhutanie nie ma dużej różnorodności sprzętu TV (i nie ma Amazona!).
Samolot jest w połowie pusty, z nami lecą głównie pasażerowie z Indii. Samolot zatrzymuje się na 20 minut w maleńkim miasteczku w Indiach, gdzie wszyscy indyjscy pasażerowie wysiadają. Inni wsiadają. Ci, którzy lecą dalej do Bhutanu, zostają w samolocie. Stewardesa sprawdza, czy wszystkie bagaże podręczne w samolocie mają właściciela obecnego na pokładzie (żeby uniknąć sytuacji, że któryś z pasażerów, którzy wysiedli, zostawił bombę), a potem kontynuujemy lot przez 30 minut do Paro, gdzie znajduje się jedyne i maleńkie międzynarodowe lotnisko w kraju.
Lotnisko w Paro jest uważane za najbardziej niebezpieczne na świecie (do lądowania). Biedny JB, który od roku zalicza najbardziej niebezpieczne lotniska świata, najpierw w Lukli a teraz w Paro. Bhutan ma tylko góry, więc ich doliny są maleńkie. Aby tu wylądować, trzeba lecieć między górami (niezbyt wysokimi) w dość wąskim korytarzu. Ale ruchy nie są tak przerażające, żeby krzyczeć, ale to jednak silne wrażenie. Lądowanie jest tak techniczne, że tylko ośmiu pilotów ma uprawnienia do lądowania tutaj (a przy dwóch liniach, które tu latają, z jednym lub dwoma lotami dziennie, nie trzeba 36 000 pilotów). Jeśli przyleci czarter z Wietnamu, będą musieli zapłacić jednemu z tych pilotów. Jednym z uprawnionych pilotów jest ojciec obecnej królowej.

Samolot zawsze odlatuje wcześniej lub przylatuje wcześniej do Paro, bo ponieważ jest bardzo mało samolotów, lądują i odlatują, kiedy chcą. Zobaczycie, że za każdym razem są 40 minut wcześniej! Nasz przewodnik i kierowca chyba też o tym wiedzą, bo mimo przylotu 45 minut przed planowaną godziną, już czekają. Lotnisko ma darmowe WiFi, więc możemy się z nimi skontaktować od razu po przylocie. Nie muszę mówić, jak maleńkie jest to lotnisko. Za to jest super udekorowane w bhutańskim stylu, są dwie ogromne miniatury dwóch bhutańskich budynków w miejscu odbioru bagażu. Widzimy, jak Bhutańczycy wyładowują bagaże, jeden pasażer przywiózł nawet kosiarkę do trawy. Szczerze, wciąż nie wyciągnęliśmy wniosków z naszej podróży na Wyspę Wielkanocną!!! Powinniśmy byli zabrać do Bhutanu rzadkie produkty (jak 2, 3 telewizory plazmowe), sprzedać je, żeby zwrócić koszty podróży hahaha.



Nasz przewodnik i kierowca wręczają nam biały szalik którego znaczenie zostanie nam wyjaśnione później, ale już go dobrze nie pamiętam. W każdym razie kolor biały ma ważne znaczenie. Będziemy nosić ten szalik za każdym razem, gdy odwiedzamy świątynię, bo gdzieś przeczytałam, że tak jest lepiej. Ale sprawia nam to ogromną radość, uwielbiam, gdy od razu po przyjeździe dostajemy wianek z kwiatów czy coś takiego.
Tachog Lhakhang
Mimo że przyjeżdżamy w środku popołudnia, i tak mamy wystarczająco dużo czasu, aby odwiedzić buddyjską świątynię. To świątynia, ale nadal należy do potomków Thangtong Gyalpo, znanego z budowy wielu żelaznych mostów wiszących w Bhutanie. Zresztą jego most prowadzący do świątyni wciąż tam jest, ale musimy przejść przez nowszy most tuż obok.



Widzimy naszą pierwszą stupa i koła modlitewne. Mantry są już zapisane na kołach, wystarczy je obracać zgodnie z ruchem wskazówek zegara, modląc się. Jest mnóstwo małych stup zostawionych tu przez wiernych. Nasz przewodnik wyjaśnia, że po kremacji prochy wykorzystuje się do formowania takich małych stup i umieszcza się je wszędzie w górach. Dlatego nie ma tu cmentarzy, nie ma też kultu zmarłych.
W przypadku małych dzieci jest inaczej – nie są kremowane, ale ich ciała są zanoszone na szczyt góry, a ptaki się nimi zajmą, jak w Tybecie. To sposób na oddanie Naturze tego, co należy do Natury. Praktyka ta była krytykowana w niejednej dawnej książce podróżników, wydaje się okrutna, ale ma sens. Jeśli dobrze zrozumiałem, nasz przewodnik i jego żona musieli zanieść ciało swojego małego dziecka na górę i zostawić je tam – nie mogę sobie nawet wyobrazić, co to oznacza dla rodziców.

Jedyne, co przypomina o stracie bliskiej osoby, to te białe flagi, ogromne, z wypisanymi modlitwami. Gdy tracą bliskiego, sadzą 108 białych flag gdziekolwiek (nie muszą to być ich tereny, mogą je sadzić w lesie na przykład), aż flagi zostaną zniszczone przez wiatr i warunki atmosferyczne. Kraj liczy 800 000 mieszkańców, to naprawdę wiele, wiele flag do sadzenia w ciągu najbliższych 100 lat; czasami widzimy flagi w miejscach niedostępnych i zastanawiamy się, jak udało im się przetransportować tyle flag w tak odosobnione miejsce.

Zwiedzamy tylko główną część z posągami na każdym piętrze, są 3 piętra. Jak wszędzie w świątyniach, trzeba zdjąć buty i od razu po zdjęciu butów wiemy, że nie wolno już nagrywać ani robić zdjęć.

Szkoda, bo chciałbym wam pokazać wspaniałość wewnętrznych dekoracji i piękno posągów, ale trzeba tu przyjechać, aby je zobaczyć. Jest niesamowicie kolorowo, wszystko pokryte rysunkami, oprócz podłogi. Są nawet kolorowe tkaniny zwisające z sufitu i tysiące buddy namalowanych na ścianach. Oto zrzut ekranu, który udało mi się zrobić na Google Images.

Dwie inne Bhutanki zwiedzają razem z nami. Kiedy widzę, jak kłaniają się w naszym kierunku, uciekam na drugą stronę pokoju. Nie rozumiem, dlaczego kłaniają się w przeciwnym kierunku niż Budda. Właściwie w bhutańskich świątyniach najpierw należy pokłonić się w kierunku posągu lamy (czasem jest tam prawdziwy lama modlący się), potem Buddy. Nasz przewodnik uczy nas, jak się kłaniać. Trzeba dotknąć głową podłogi, to bardzo fizyczne, boli plecy, trzeba to zrobić 3 razy w kierunku lamy, 3 razy w kierunku Buddy – nie muszę mówić, że nauczyliśmy się dobrych manier, ale prawie nigdy ich nie stosowaliśmy później.
Bhutańska sztuka buddyjska przypomina nieco tybetańską sztukę buddyjską. Są rzeźby, które nieco szokują swoją brutalnością, złymi rysami, jaskrawymi kolorami lub obecnością kobiety przytulonej do wspomnianego bóstwa, czego nie spodziewaliśmy się znaleźć w świątyni. W każdym razie wizyta bardzo nam się podoba, a przewodnik zapewnia, że ten styl zobaczymy przez całą podróż, że „świątynie są do siebie podobne” 😀
Spędzamy tu zdecydowanie za dużo czasu i niestety nie możemy odwiedzić Dzongu Tashichho, otwartego tylko między 17:00 a 18:00 dla turystów. Wpadamy dopiero następnego dnia, aby zrobić zdjęcie z góry. Dzong mieści salę tronową i kilka biur króla.

Jesteśmy przy 5. królu. Jego ojciec, 4. król, zapoczątkował wysiłki kraju na rzecz otwarcia się na świat i przekształcenia monarchii absolutnej w monarchię konstytucyjną. Obecny król i jego żona są kochani przez lud. Podczas Covidu król wykorzystał swój osobisty majątek, aby zapłacić pensje setkom tysięcy Bhutańczyków, którzy stracili dochody z powodu Covidu. Było bardzo mało zgonów z powodu Covidu, głównie osób już cierpiących na inne choroby. Pod koniec Covidu król stracił znaczną część swojego majątku, ale jeszcze bardziej wzrósł w oczach obywateli.
Tutaj w Bhutanie nie patrzy się na PKB, ale na szczęście narodowe brutto. Jest kilka kryteriów, które pozwalają je ocenić, w tym procent lasów, jakość powietrza, ale są też ankiety wśród ludności.
Thimphu
Oto jesteśmy w stolicy Thimphu. Z daleka miasto wygląda jak mała wioska, ale z bliska jest znacznie bardziej nowoczesne i zwarte w porównaniu z resztą kraju. Dziwimy się, widząc budynki, które wyglądają na tradycyjne, ale są betonowe. Wyjaśniono nam, że wszystkie budynki w kraju muszą mieć okna w tradycyjnym stylu, nie mogą być zbyt wysokie, ale przyzwyczaimy się i będziemy umieć odróżnić nowoczesne budynki od starych.
To jest główny plac. Nie wygląda na to, żeby spędzali tam czas do późna w nocy; byliśmy na tym placu dwa wieczory z rzędu i było bardzo spokojnie. Nasz hotel jest tuż za fioletowym budynkiem.

Zauważamy, że nie ma tam absolutnie żadnych czerwonych świateł. I żadnych klaksonów (zakazanych, chyba że grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo). Są tylko ronda, a na jednym (słynnym) rondzie policjant kieruje ruchem za pomocą pełnych gracji gestów. W chwili robienia tego zdjęcia policjant był bardziej zajęty rozmową z kolegą niż kierowaniem ruchem. Zauważył, że robię mu zdjęcie, a jego spojrzenie mówiło coś w rodzaju: „Ups, przyłapałeś mnie na gadaniu”.

W hotelu za każdym razem witają nas „milk tea”, którego JB w ogóle nie pije, a ja spieszę wypić też jego filiżankę, bo jest za dobra (a spać można zawsze później). Zostaniemy w tym hotelu w Thimphu na 2 noce.

Niestety, obiadokolacja to indyjski bufet, który mnie nie pociąga. JB natomiast zjada talerz za talerzem. Czytałam w recenzjach, że niektórzy goście też nie przepadają za indyjskimi obiadokolacjami i wolą sami płacić za restauracje na zewnątrz, które kosztują tylko od 5 do 10 dolarów za osobę.

W dzisiejszej świątyni przewodnik musiał dać nam drobne na datki; doszliśmy do wniosku, że nawet jeśli wycieczka jest all-inclusive, to i tak potrzebujemy bhutańskich pieniędzy, na wszelki wypadek… Wypłata z bankomatu to aż 10% prowizji! Nasz przewodnik zabiera nas na główny plac, gdzie mały sklep z odzieżą w Norzoed Plaza oferuje wymianę po korzystniejszym kursie niż oficjalny (84 za 1 dolara zamiast 80). Wtedy czujemy się naprawdę głupio: nie wzięliśmy wystarczająco dużo gotówki (w USD lub EUR), bo przy najmniejszej skazie na banknocie (długopis, micro rozdarcie, …), Bhutańczycy ich nie chcą. Tak więc z 300 dolarów, które chcieliśmy wymienić, mogliśmy wymienić tylko 200.

Musimy też zachować część dolarów na napiwki dla przewodnika i kierowcy, więc czujemy się trochę głupio i w kropce, bo za mało gotówki.
Dzień 2
Narodowa Stupa Pamięci
Zgodnie z programem mieliśmy odwiedzić to miejsce pierwszego dnia, ale nasz samolot przyleciał za późno, więc odwiedzamy je dzisiaj. Ta stupa została zbudowana przez trzeciego króla Jigme Dorji Wangchuck i jest poświęcona pokojowi na świecie i dobrobytowi. Bliskość centrum miasta i niewielkie rozmiary są bardzo cenione: wielu wiernych okrąża ją 108 razy, modląc się. Mają drewniany naszyjnik z dokładnie 108 paciorkami, aby móc liczyć liczbę okrążeń. Za każdym razem, gdy kończą okrążenie, przesuwają palec o jeden paciorek. To genialne! Jak wszędzie, trzeba zwiedzać zgodnie z ruchem wskazówek zegara, więc zawsze kierują nas w lewo i okrążamy obiekt, nigdy nie wracając tą samą drogą.

Po lewej stronie są ogromne młynki modlitewne, a na górze jest dzwon. Kiedy młynek wykona pełny obrót, dzwon dzwoni, bardzo mi się to podoba!

Potem są „butter lamps”, lampy maślane; masło jest jadalne, ale niezbyt smaczne. Bhutańczycy zapalają je w domach. Aby uniknąć pożaru, umieszczają te lampy w dość bezpiecznej metalowej konstrukcji. Ale w świątyniach stoją w mniej lub bardziej otwartej sali, aby można było wejść i zapalić lampę (za opłatą). Istnieją lampy, które mogą palić się przez miesiąc!



Buddha Dordenma
Odwiedzamy posąg Buddy na zboczu góry, widoczny z kilometrów.
Wszystko jest piękne, nawet drzwi wejściowe!

Nie pamiętam już dokładnie, ile to metrów, ale co najmniej 30. Wnętrza nie można fotografować, ale jest bardzo, bardzo, bardzo piękne! Są tam małe posągi Buddy, które można kupić za minimum 200 dolarów i które później będą przechowywane na półkach. Malowidła ścienne są bogate, dopracowane, posągi w środku są imponujące. To miejsce to trochę watykańskie Thimphu; zdarza się, że lamowie przychodzą wyjaśniać teksty religijne, a tysiące ludzi przychodzi ich słuchać. Teraz, gdy mamy gotówkę, możemy składać ofiary w różnych miejscach. JB obserwuje miejscowych i mówi mi, że dają od 5 do 20 Nu. więc też będziemy się tym kierować. Ale mogą zostawiać 5 Nu. w każdym miejscu, gdzie można składać ofiary, więc trzeba przygotować dużo drobnych banknotów, jeśli chce się to robić.

Jeszcze raz pokazuję wam zdjęcia z Google Images:

Ze wzgórza mamy piękny widok na okolicę. Można zauważyć, że duża część wzgórz naprzeciwko jest bez drzew. To nie z powodu niszczycielskiej działalności człowieka, po prostu było tam za dużo sosen i szybko się palą 🙁

Żółte flagi z wydrukowanymi modlitwami należą do króla. Można zauważyć, że te flagi zawsze są umieszczane tam, gdzie wieje wiatr. Jeśli nie ma wiatru, modlitwy nie będą rozprzestrzeniać się i nie przyniosą korzyści nikomu.

Rezerwat Takinów
Idziemy do parku zwierząt, aby zobaczyć takina, zwierzę obecne w bhutańskich legendach. Przy wejściu jest model.

Park jest ogrodzony, a zwierzęta mogą być daleko lub blisko wejścia. Dzisiaj będą bardzo daleko i będziemy musieli trochę przejść, aby je zobaczyć, co mnie irytuje, bo nadal nie przyzwyczaiłam się do wysokości. Oddycham z wielkim trudem.

Oto one! Takie duże jak model przy wejściu. Są najwyraźniej bardzo spokojne, są weganami i leniwe. W parku jest też kilka jeleni, kilka świń i zacieniona kawiarnia, która wygląda bardzo sympatycznie.


Poczta
Następnie udajemy się na pocztę. Od lat 60. Bhutan produkuje znaczki coraz bardziej oryginalne, aby przyciągnąć filatelistów i tym samym rozwijać działalność gospodarczą. Można nawet zamówić znaczki personalizowane. Nie tylko jako pamiątka – to znaczki nadające się do użycia! Wiem, że to mało widoczne, ale to my na znaczkach, hahaha. Wszystko za 500 Nu. i wystarczy jeden znaczek (30 lub 50 Nu), aby wysłać kartkę pocztową aż do Francji!!! (około 50 centów euro). Najwyraźniej europejskie poczty będą kompensować różnicę, dla wszystkich paczek i przesyłek pochodzących z krajów trzeciego świata (w tym z Chin, stąd ogromna strata dla La Poste za wszystkie te paczki z Alibaby i inne takie bzdury).

Papier czerpany
Ten warsztat nie jest częścią programu, ale przewodnik i kierowca zapytali mnie, co lubię, a ja odpowiedziałam „rzemiosło”, więc przywieźli mnie tutaj. Jestem w siódmym niebie! Jeśli japoński papier washi jest robiony z kory morwy papierowej, to bhutański papier jest robiony z kory wawrzynu.

Gałęzie są moczone w wodzie, aby łatwo usunąć korę.


Następnie jedyna używana tutaj maszyna rozdrabnia korę na masę.

Masa jest mieszana z inną lepką masą na bazie roślin. Każdy arkusz jest przygotowywany ręcznie, poprzez zanurzanie w mieszance. Mieszanka może być zabarwiona lub nie, można do niej dodać kwiaty lub liście, albo nie.



Następnie są suszone pojedynczo na tych rozgrzanych metalowych płytach.

Sklep z pamiątkami jest bardzo drogi (1 arkusz = ponad 1€), zapłaciłam 1000 Nu. za 10 arkuszy, ale i tak kupuję, bo kto będzie miał okazję tu wrócić? Zwykle te ręcznie robione arkusze służą do tworzenia rysunków religijnych lub pisania tekstów religijnych (w formacie prostokątnym), muszą być używane do dość cennych celów, a nie tylko do pisania listy zakupów.

Są też inne arkusze, trochę z dziurkami lub ozdobione liśćmi, to jest śliczne. Aby uzyskać takie „dziury”, przed wyjęciem arkusza, polewa się go wodą z sitka prysznicowego, która przebija warstwę kory. Arkusze pozostają wytrzymałe, ale jest ten fajny efekt.

Muzeum Dziedzictwa Ludowego
Zwiedzamy muzeum, które jest właściwie tradycyjnym trzypiętrowym domem. Pokazuje, jak żyją Bhutanowie. Przy wejściu do domu zawsze stoi ogromny drewniany penis, który ma odpędzać złe spojrzenia.

W środku można zobaczyć pokaz tradycyjnego tkania. Sprzedawane tutaj szale kosztują tylko 800 Nu. Wątpię, żeby były ręcznie robione.

Pierwsze piętro jest przeznaczone dla zwierząt, drugie do przechowywania żywności, a na trzecim jest kuchnia i ogromna sypialnia, gdzie cała rodzina śpi razem na podłodze. To typowa struktura tradycyjnego domu. Z powodu dymu kuchnia jest zwykle cała czarna, ale ciepło z kuchni ogrzewa również sypialnię, która jest tuż obok. To pomaga w zimie, kiedy w Bhutanie sporo śniegu. Na trzecim piętrze znajduje się również sala poświęcona bóstwom, gdzie odbywa się coroczna ceremonia. Mój przewodnik mówi, że wszyscy Bhutanowie wzywają mnichów raz w roku. Astrolog obliczy daty i powie mu, kiedy należy przeprowadzić ceremonię w domu. Zaprosi mnicha, muzyków, a ceremonia przyciągnie również sąsiadów, którzy przychodzą skorzystać z błogosławieństw. Taka ceremonia kosztuje bardzo dużo!

Restauracja w muzeum serwuje jedzenie buddyjskie. Dla nas to nie jest wegańskie, mamy do wyboru „wołowinę, kurczaka, rybę lub wieprzowinę” i ponieważ nie wiemy, czy wybrać jedną opcję czy kilka, wybieramy na chybił trafił „wołowinę”, „rybę” i „wieprzowinę” i dostajemy wszystkie trzy. W rzeczywistości w Bhutanie można wybrać wszystkie 4 opcje, jeśli się chce 😀 To jeden z najlepszych posiłków naszej podróży, nawet jeśli wieprzowina jest raczej tłusta, ale to dobry tłuszcz (w stylu wędzonego boczku, suszonego nad kuchniami).

Narodowy Instytut Zorig Chusum
Następnie odwiedzamy centrum nauki tradycyjnych sztuk (raczej religijnych), gdzie około stu uczniów i nauczycieli tworzy wspaniałości w 13 dyscyplinach nauczanych w szkole (malarstwo, rzeźba w drewnie, metaloplastyka, haft…). Aby otrzymać dyplom, trzeba spędzić tu od 4 do 6 lat, są bursy.




Sztuka religijna jest skodyfikowana i mogliśmy zobaczyć klasę rysującą słynny obraz „4 przyjaciół” przedstawiający cztery zwierzęta pomagające sobie nawzajem. Muszą zacząć od narysowania bardzo precyzyjnej struktury ołówkiem. Dlatego wszystkie prace uczniów wyglądają podobnie. W klasie mandali podobnie, trzeba zachować proporcje, można zostawić trochę miejsca na kreatywność, na przykład odcienie kolorów różnią się nieznacznie, ale to nadal skodyfikowane. Dlatego malowidła ścienne i rzeźby w świątyniach są jak wierne kopie, bo wszyscy wychodzą z tej samej szkoły. Nie odważyłam się zapytać o cenę mandali, ale wygląda na bardzo drogą, bo trzeba kilku tygodni, aby ją zrobić. Ponadto mandale nie są wieszane na ścianie jak obrazy, trzeba je przyklejać do sufitu.
Zabierają nas na zakupy (pamiątki) na ulicę, gdzie jest 60 sklepów jeden za drugim. Przyznaję, że nic mnie naprawdę nie interesuje, mam już za dużo rzeczy. Chciałam kupić szal z kaszmiru, ale kaszmir nie pochodzi stąd, więc nie sposób go tu zdobyć.

Lokalny targ

Szybko zwiedzamy lokalny targ i odkrywamy między innymi: sfermentowany ser, który wygląda jak cukierki.

Zwykły ser, który wygląda jak chleb.

Wszelkie rodzaje papryczek chili.

Słynne masło do lamp maślanych.

Warzywa, które podaje się nam do stołu, ale niekoniecznie znamy ich nazwy.


Łucznictwo

Następnie zabierają nas w miejsce, gdzie pasjonaci trenują tradycyjne łucznictwo. Cel jest 130 metrów dalej, a oni radzą sobie super, super dobrze! Jako widzowie nawet nie widzimy lecącej strzały i mamy też trudności z dostrzeżeniem, gdzie lądują. To dobrzy strzelcy, a mimo to nie wygrywają nic na Igrzyskach Olimpijskich, bo to nie ta sama odległość 😀
W związku z tym wracamy do hotelu bardzo wcześnie, bo jesteśmy niesamowicie zmęczeni. Wysokość nas wykończyła.
Wieczorem znowu kuchnia indyjska, tym razem, ale nie ma już bufetu. Hotel serwuje nam dokładnie te same dania co poprzedniego dnia (bufet), ale nie wiem dlaczego, gdy są podane w indywidualnych miseczkach, stają się niesamowicie apetyczne i jem z dużo większym apetytem niż dzień wcześniej 😀
Dobra, słowo o naszym hotelu – nie wyglądają na bardzo profesjonalnych. Nie dość, że zapomnieli o rezerwacji zrobionej przez nasze biuro podróży, to gdy wieczorem poprosiliśmy o butelkę wody, przynieśli ją następnego dnia, budząc nas o 6 rano!! O 22:00 każą nam wybrać, co chcemy zjeść na śniadanie i o której godzinie. Ostatecznie nie wyjedziemy z pustym brzuchem po 30 minutach czekania. Krótko mówiąc, myślę, że w dużych miastach obsługa pozostawia wiele do życzenia, ale w małych miasteczkach obiekty są mniejsze i radzą sobie znacznie lepiej!
JB czyta w lokalnej gazecie „problemy” kraju. To kraj tak bezproblemowy, a pierwsza strona gazety mówi o ryzykach sezonu monsunowego, który jeszcze nie nadszedł, i o 300 Hindusach, którzy każdego dnia przybywają do Bhutanu. Są nawet relacje różnych turystów, którzy narzekają na brak infrastruktury na granicy lądowej (tylko jedno okienko do opłacenia opłat wjazdowych, tylko 12$ dziennie dla Hindusów vs. 100$ dla nas). To chaos z tymi 300 Hindusami OMG OMG! Zresztą codziennie powtarzają nam, że jest inwazja indyjskich turystów, bo to u nich okres wakacji. Strasznie nas to bawi, gdyby wiedzieli, ilu turystów codziennie kręci się po paryskich ulicach!! 😀 Bardzo bym chciała, żeby kiedyś pierwsze strony francuskich gazet narzekały tylko na tak drobne problemy. I oczywiście ani jednej linijki o przestępstwach, bo ich po prostu nie ma!
Część 2: Praktyczne wskazówki
Nasze biuro podróży nazywa się Bhoutan Inbound i wybraliśmy ich wycieczkę 7 dni 6 nocy ale myślę, że 5 dni wystarczyłoby. To wycieczka w pełni prywatna, bo jesteśmy poza sezonem (koniec maja – początek czerwca).
Koszt: 884$/osobę za przelot w obie strony z Bangkoku
1120$/osobę za wycieczkę 7 dni 6 nocy, wszystko w cenie, wiza w cenie
Przewidźcie 100$ napiwku dla kierowcy, 120$ dla przewodnika
I wydatki osobiste (w zależności od tego, co chcecie kupić), my wydaliśmy około 100$/osobę na dodatkowe wydatki.