[story time] Skanowanie Starej Książki: Mój nowy projekt wolontariacki
20 lat temu, pewnego letniego dnia, książka gruba jak cegła wylądowała w salonie mojej babci ze strony matki, przy ulicy To Hien Thanh 40 w Hanoi. Miała zwyczaj wymieniać się książkami z zaprzyjaźnionymi intelektualistami i frankofonami. Jeden z jej przyjaciół, po kupieniu tej książki prosto z wydawnictwa, pospieszył, aby mu ją pokazać. Kim był ten pan? Nie pamiętam.
Chociaż byłam przyzwyczajona do tego, że co tydzień pojawiały się nowe książki, to był pierwszy raz, kiedy się nią zainteresowałam. Zazwyczaj książki były po francusku, ale tym razem była po wietnamsku, ogromna, nie do przeoczenia. Wreszcie książka, którą mogłam zrozumieć!
Turkusowa okładka była w bardzo złym guście, tytuł nic mi nie mówił, ale gdy przewertowałam pierwsze strony, byłam całkowicie oczarowana i przeczytałam jednym tchem kilka rozdziałów. Tak pasjonująca książka historyczna? To było coś niespotykanego!
Moja babcia chyba nie podzielała mojego zdania, bo książka zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, wracając do właściciela i nigdy więcej się u nas nie pojawiła. Jedyne, co zapamiętałam, to (1) jej tytuł (2) że istniała.
Nigdy o niej nie zapomniałam.
Od czasu do czasu, przeglądając grupy na Facebooku dla miłośników książek, pytałam, czy ktoś ma ją w domu… Niektórzy o niej słyszeli, inni przeczytali, ale już jej nie mają. Przez lata udało mi się zdobyć kilka dodatkowych informacji:
- to książka wydana w zaledwie kilku tysiącach egzemplarzy, stąd jej rzadkość
- jeden egzemplarz jest w Bibliotece Narodowej w Hanoi, drugi w Ho Chi Minh, a trzy w trzech bibliotekach w Stanach Zjednoczonych
- książka jest pełna błędów ortograficznych
- w pierwszym wydaniu brakuje 3 rozdziałów, nie z powodu cenzury, ale przez zaniedbanie
W maju 2021 roku, zupełnie przypadkowo, pewien Wietnamczyk kontaktuje się ze mną na Facebooku, pytając o informacje na temat mojego czytnika/tabletu do pisania reMarkable. Z rozmowy na rozmowę, nawiązujemy dobry kontakt, i zdradza mi „sekret”: jest w 100% wyposażony do skanowania dowolnej książki i przekształcania jej w e-book, dzięki automatycznemu rozpoznawaniu znaków (oprogramowanie OCR). W ten sposób zeskanował całą swoją bibliotekę, składającą się z bardzo starych książek, jak i niedawno wydanych – których wersja cyfrowa jeszcze nie istnieje. To sekret, ponieważ nie dzieli się swoją biblioteką z nikim. W tamtym momencie nie miałam zamiaru niczego skanować, ale jestem z natury ciekawska, więc zadaję mu wszystkie techniczne pytania, które przychodzą mi do głowy, a on zdradza mi, że w Wietnamie, ponieważ zeskanowanych książek jest mało, jest wielu wolontariuszy którzy robią to samo co on – niektórzy tłumaczą całe powieści na wietnamski – ale udostępniają e-booki za darmo online, że powinienam tam zajrzeć, aby znaleźć wietnamskie książki, których nie mogę kupić z zagranicy. Na koniec podarował mi wersję cyfrową książki, której pragnęłam, a która ukazała się tylko w formie papierowej i którą właśnie zeskanował – pod warunkiem, że obiecam kupić e-booka, gdy będzie dostępny. Co robię kilka tygodni później.
We wrześniu 2021 roku przypadkiem natrafiam na grupę wymiany książek i zadaję moje zwykłe pytanie „czy ktoś ma książkę XYZ?”
Odpowiedź, na którą czekałam od lat, nadchodzi: „tak, ja! Mam ją w wersji skan”.
Z drżącymi rękami, jestem tak blisko celu, że natychmiast wysyłam mu wiadomość.
„Jest późno, porozmawiajmy o tym jutro!”
W agonii i bezsenności, niecierpliwie czekam na nowy dzień. Czy to pierwsze wydanie, w którym brakuje 3 rozdziałów? Czy jego skan jest kompletny i dobrej jakości?
Następuje prywatna rozmowa, w której chce poznać moje intencje, zanim da mi skan książki. Mówię mu, że szukałam tej książki przez 20 lat. Wiem, że wiele innych osób jest w takiej samej sytuacji jak ja, więc obiecuję mu, zeskanować książkę, poprawić błędy ortograficzne, a następnie rozpowszechnić ją za darmo w formie e-booka.
Wysyła mi okładkę. Jego skan to drugie wydanie – w którym nie brakuje żadnego rozdziału. Książka została zeskanowana przez wysokiej jakości drukarkę/skaner. To znak!
Problem w tym, że książka ma 1300 stron.
Kolejne dni były długie, pełne wątpliwości i potu. Po pracy zaczynałam drugą zmianę, od razu zabierając się za projekt skanowania, między 19:00 a północą, i przez cały weekend, i to przez trzy tygodnie. Etapów skanowania jest wiele i są godne procesu wydawniczego.
- Pobranie skanów (obrazów) i posortowanie ich w odpowiedniej kolejności (w tym miejscu jestem wdzięczna, że wysłał mi obrazy zamiast PDF-a, co ułatwia sortowanie. Jedna strona = jeden obraz)
- Użycie oprogramowania do rozpoznawania znaków (OCR, używam ABBYY Finereader, który bardzo dobrze radzi sobie z wietnamskim)
- Formatowanie należy wykonać od nowa, ponieważ aby uniknąć błędów, lepiej wyeksportować tekst OCR do formatu .txt zamiast do .doc z zepsutym formatowaniem
- Tekst jest więc umieszczany w pliku Word, to najprostsza metoda
- Przypisy należy wykonać od nowa
- Błędy ortograficzne (co zajmuje najwięcej czasu): Rozpoznawanie znaków (OCR) ma swoje ograniczenia, jest wiele błędów. Ponadto oryginalna książka sama w sobie ma błędy ortograficzne. Muszę więc porównywać tekst ze skanem, ale też zachować dystans do oryginalnego tekstu (wersji skanowanej), aby lepiej wyłapać błędy.
- Używam zarówno Worda, jak i Google Docs do wyłapywania podstawowych błędów. Tekst jest zbyt długi, więc muszę wgrywać do Google Docs po 2 rozdziały naraz, inaczej się zawiesza.
- Potem czytam cały tekst jeszcze dwa razy, żeby poprawić błędy, zarówno na czytniku, reMarkable (wygodniej poprawia się długopisem) i na komputerze (powiększając do 800%, żeby lepiej widzieć błędy)
- Nowa funkcja „split screen” na iPadzie pozwala porównywać skan z wersją cyfrową jednocześnie, co jest bardzo praktyczne.
- Dzielę książkę na kilka części i proszę innych wolontariuszy o ich przeczytanie, używając „śledzenia zmian” w Wordzie, aby zgłaszali mi zauważone błędy.
Po 3 tygodniach książka jest w końcu gotowa! Do eksportu do formatu cyfrowego używam programu Calibre,który umożliwia dodanie okładki, opisu i eksport do różnych formatów. W tym przypadku proponuję przede wszystkim format zgodny z Kindle: azw3, mobi, epub dla czytników takich jak Kobo, reMarkable. Oraz wersję PDF dla tych, którzy czytają na telefonie, z odpowiednio dużym odstępem i czcionką. Wszystko jest przemyślane, aby zapewnić jak najlepsze wrażenia z czytania.
JB nie rozumie, po co to robię.Przyznaję, że sama nie wiem dokładnie, co mnie do tego motywuje, że spędzam nad tym dnie i noce.
Myślę, że czas, jaki autor poświęcił na napisanie tej książki, jest ogromny i że właśnie ktoś powinien się poświęcić, aby ją rozpowszechnić, a nie zmarnować.
Książka ukazała się zbyt wcześnie, treść była zbyt odważna jak na tamte czasy, słowa zbyt trudne – dlatego leżała głównie w bibliotekach uczonych, którzy nigdy nie pomyśleliby o digitalizacji czegokolwiek. Ale czasy się zmieniły. Dzięki przypisom trudne słowa można wyjaśnić, odważne fragmenty są mniej odważne niż film puszczany w telewizji w niedzielę, a przede wszystkim dzięki wersji cyfrowej każdy będzie mógł w końcu do niej dotrzeć.
Podczas pierwszej korekty moją uwagę zwróciła postać historyczna wzmiankowana w książce. Im więcej czytam, tym bardziej myślę, że może nas coś łączyć. Mamy to samo nazwisko. Nie jest to nazwisko rzadkie w Wietnamie, ale też niezbyt popularne. Dzwonię do rodziców, którzy nawet nie wiedzą o moim projekcie, i pytam, czy jesteśmy jej potomkami.
Ojciec mówi mi, że „tak, pochodzimy z tej gałęzi!” i opowiada, jak wujek, pasjonat genealogii, dotarł do tamtych czasów i potwierdził, że dzielimy drzewo genealogiczne z tą sławną postacią.
Dlaczego tak długo szukałam? Dlaczego włożyłam tyle wysiłku w digitalizację i korektę tak długiej i trudnej książki? Oto powód!
W głębi duszy wiem, że mimo wielu projektów digitalizacyjnych wolontariusze mają swoje ograniczenia i to ja jestem prawdopodobnie najlepiej umiejscowiona, aby zdigitalizować tę książkę,popychana przez długie 20 lat oczekiwania.
Niestety nie mogę podzielić się książką z wami, ponieważ jest nadal chroniona prawem autorskim. Ale pozwalam sobie na jej digitalizację, bo myślę, że to konieczne, ponieważ żadne wietnamskie wydawnictwo tego nie zrobi, z lenistwa (mają już lenistwo, by przeczytać i poprawić błędy ortograficzne w wersji papierowej). Zadaję sobie też wiele pytań co do podania mojego adresu e-mail – aby otrzymywać informacje zwrotne o błędach ortograficznych. Czy to naprawdę konieczne? Ostatecznie pozostanę anonimowa i nikt nie będzie wiedział, czytając e-booka, że to ja go zdigitalizowałam.
Teraz, gdy projekt jest ukończony, czuję pełną satysfakcję, ale też wiele obaw, jakby to była moja własna książka – a przecież jej nie napisałam…

