Powrót do Uyuni w 2024, jednodniowa wycieczka po zalanej Pustyni Solnej (Boliwia)
Nasza wizyta na solnisku Uyuni (Salar de Uyuni), gdy było całkowicie zalane, pozostaje w naszej pamięci jako jedno z najbardziej niezwykłych doświadczeń naszej pierwszej podróży dookoła świata. Obliczyliśmy daty, aby wrócić tu ponownie dokładnie w połowie stycznia.
Część 1: Dziennik podróży
Część 2: Praktyczne wskazówki
Część 1: Dziennik podróży
Pojechaliśmy autobusem z Copacabany do Uyuni (ceny i porady tutaj). Podróżni, których spotkaliśmy na Isla del Sol zapewniali nas, że dwa tygodnie temu nie widzieli „ani kropli wody”, co mnie trochę niepokoi. Docieramy na miejsce o 6 rano i rzeczywiście całe miasto jest całkowicie suche.
Tym razem docieramy do nowego terminala autobusowego (https://maps.app.goo.gl/RN8wEtvGYPGvp9rd9), dalej od centrum i musimy iść 15 minut do hotelu, który wypatrzyłam (Yokoso hostal). To, co miało być krótkim pobytem na jedną lub dwie noce, zamieniło się w 7 nocy, ponieważ w międzyczasie zmieniliśmy plany. Ten hotel nie jest rezerwowalny online, wystawiają tylko jeden pokój na Booking, mimo że mają około dwudziestu pokoi. Nie wahajcie się przyjść bez rezerwacji i poprosić o pokazanie pokoi; mają pokoje ze wspólną łazienką i te z prywatną łazienką. Woda pod prysznicem jest letnia, ale jeśli się dobrze to zaplanuje, można mieć ciepłą.
Z niepokojem śledzimy prognozy pogody i dopiero gdy wieczorem w Uyuni leje jak z cebra, odczuwamy ulgę. Kontaktujemy się z biurami podróży przez Whatsapp i prosimy o „dowody”, że zabiorą nas tam, gdzie jest woda… i żadne biuro nie ma odwagi twierdzić z całą pewnością, że będzie woda, co wcale nas nie uspokaja. Czekamy jeszcze jeden dzień i ogromną ulewę, zanim rezerwujemy jednodniową wycieczkę w biurze znalezionym przypadkiem na ulicy. Niestety, to biuro „odsprzeda” nas innemu, które jest bardzo dobre, ale nie podoba mi się fakt, że zawiera się umowę z jednym biurem, a potem jest się przekazanym do innego.
Jak już wyjaśniałem 7 lat temu, mogę brać tylko jednodniowe wycieczki, bo mam chorobę wysokościową. Nawet w tym kierunku (Uyuni – Sud Lipez), zdarzają się momenty, gdy przekraczamy 5000 metrów i biorąc pod uwagę moje problemy z wysokością przy każdej zmianie o 200 metrów, wolę się powstrzymać. Jednodniowe wycieczki są dla ludzi takich jak ja, albo dla Boliwijczyków i Chilijczyków, którzy nie mają budżetu na 3-4 dni w jeepie. Zostajemy tylko na solnisku i tam wszędzie jest ta sama wysokość.
Cmentarz pociągów
Jak wszystkie wycieczki, zaczynamy od zwiedzania starych pociągów.

Ponieważ wchodzimy do vana ostatni, siedzę na środkowym miejscu, a JB po mojej prawej. To bardzo niewygodne miejsce, bo mam wgłębienie w plecach i strasznie się trzęsie, co powoduje ból pleców. Zauważam dziecko z tyłu z matką, jest dużo wolnego miejsca i przesiadam się tam. Niespodzianka: mama wygląda na zawiedzioną i rezygnuje z zajęcia mojego miejsca na środku, bo chce zostawić jak najwięcej miejsca dla syna z tyłu. Jestem zszokowana jej reakcją, bo mały i ja nie zajmujemy dużo miejsca. Dlaczego aż tak się poświęca? To jakiś mały król czy co?
Czasami myślę, że sami jesteśmy odpowiedzialni za nasze nieszczęścia, nikt nas nie czyni ofiarami, jeśli sami nimi nie jesteśmy. Właśnie wyemitowano koreański serial. Opowiada o kobiecie, która po nędznym życiu trafia do nieba. W niebie dostaje drugą szansę na przeżycie życia i zostaje odesłana dokładnie do momentu, w którym miała wyjść za mąż. Tym razem ona (numer 1) postanawia nie popełniać tych samych błędów, nie wychodzić za mąż za swojego męża, i to inna kobieta (numer 2) wychodzi za niego. Widzimy, że z tym samym mężczyzną numer 2 wiedzie przyjemne życie, bo nie daje mu sobą pomiatać, podczas gdy numer 1 bardzo cierpiała z tym samym mężczyzną, bo nie szanowała siebie i całkowicie się przed nim uginała. Tak więc nawet jeśli istnieją źli ludzie, którzy nas krzywdzą, jeśli pozwalamy im się bić, to też nasza wina. Jest takie angielskie powiedzenie: „Raz oszukany – wstyd dla ciebie. Dwa razy oszukany – wstyd dla mnie.„
Kiedy zatrzymujemy się na przerwę na siku, nie odpuszczam i pytam jeszcze raz kobietę, dlaczego nie usiądzie z tyłu z nami, tam jest mnóstwo miejsca. Mówi mi, że mały potrzebuje miejsca do spania (a on nie śpi). Oniemiałam i nie wiem, co odpowiedzieć, aż w końcu przewodnik, który wszystko słyszał, proponuje inne rozwiązanie: JB i ja możemy usiąść z tyłu, a cała rodzina (kobieta, jej syn i ojciec, który siedział sam przy kierowcy) usiądzie razem na środku. Wszyscy się zgadzają i potem atmosfera stała się znacznie weselsza. Mały jest otoczony przez rodziców i nie przestaje okazywać entuzjazmu i zadawać pytań, mama też wydaje się szczęśliwsza, bo jest z rodziną. Turysta podróżujący samotnie dobrze się czuje, podziwiając widoki ze swojego miejsca obok kierowcy. Wszyscy są zadowoleni.
Ponieważ nasza agencja została sprzedana innej, muszę być czujna, aby znaleźć bardziej niezawodną agencję dla JB, który będzie zwiedzał Salar de Uyuni sam. Na przystanku „na siku” zauważam jeepa, który przyciąga całą moją uwagę. Nie wiem dlaczego, ale czułam, że turyści w środku są wyjątkowo radośni i dobrze usadowieni. Samochód nie był ani nowy, ani ładny, ale dach był schludnie zapakowany. I w przeciwieństwie do innych jeepów, ten zaparkował na szczególnie dogodnym miejscu, co świadczy o dbałości kierowcy o szczegóły. Notuję sobie nazwę agencji (Skyline Traveller) i moja intuicja mnie nie myli: jest dobra, JB bardzo doceni Salar de Uyuni z tą agencją, zostawię mu wyjaśnienie dlaczego w jego własnym artykule.
Wracając do naszej jednodniowej wycieczki. Zabierają nas do źródeł wody leczniczej, bardzo słonej, ale korzystnej na artretyzm i układ trawienny. JB musi więc trochę jej wypić, to obowiązkowe! (Uwaga JB: wypijcie tylko malutki łyczek, jest tak słona, że aż niesmaczna!).
Przewodnik (który jest też naszym kierowcą) tłumaczy nam, że trzeba bardzo uważać podczas jazdy w tej okolicy. Kiedy pada deszcz i woda się podnosi, słabo widać te źródła i można utknąć, bo jest dość głęboko (sięga do kolan). Przewodnik mówi też, że pustynia solna składa się z warstw soli i warstw wody, a nie tylko z soli, jak można sobie wyobrazić.

Następnie odwiedzamy miejsce, gdzie znajdują się rzeźby z soli. Cieszę się, bo to trochę inaczej niż podczas wycieczki sprzed 7 lat. To miejsce nie było w programie ostatnim razem. Wejście kosztuje nas 10Bs więcej, ale ponieważ gaworzymy po hiszpańsku, przewodnik inicjatywę, żeby nas udawać Boliwijczyków (co jest fizycznie bardzo wiarygodne!) hahaha więc płacimy tylko 5Bs.
Zauważamy dwóch motocyklistów. Jestem bardzo zaskoczona widząc ich tutaj, bo zawsze odradza się jazdę po pustyni solnej samemu bez przewodnika, to miejsce jest ogromne i łatwo się zgubić. Dowiaduję się, że są z Brazylii i przejechali całe Chile, żeby tu dotrzeć. Pytam ich, jak sobie radzą, żeby się nie zgubić na pustyni, a oni odpowiadają „GPS”. Sieć musiała się od tamtej pory znacznie poprawić, skoro nawet nasz kierowca ma trochę 4G, którym się z nami dzieli (mówi, że trzeba wziąć Entel).


Widać, że pod spodem mamy nie tylko sól:


W przeciwieństwie do ostatniego razu, jemy lunch na środku pustyni solnej. Stół i krzesła były przewożone na dachu jeepa. Jedzenie jest proste, ale bardzo dobre. Pieczony kurczak jest bardzo miękki. JB, pozbawiony pęcherzyka żółciowego, nie ma odwagi dużo jeść w trasie i żałuje, że nie może bardziej się nim delektować. W pewnym momencie jeden z turystów pyta, dlaczego majonez jest ostry, a przewodnik odpowiada, że jego agencja współpracuje z wieloma koreańskimi agencjami. Koreańczycy jedzą ostre i chcą mieć swoje kimchi nawet na pustyni, a także swoje metalowe pałeczki. Koreańczycy muszą być nowymi Chińczykami: nie potrafią się przystosować ani zainteresować kuchnią innych krajów, nawet w podróży, jak opowiadał JB podczas swojej wspinaczki do bazy pod Everestem. Nawet na drodze na Everest mieli swoje kimchi…

Teraz przewodnik szykuje się, żeby robić nam zdjęcia. Ponieważ pustynia solna jest płaska, ogromna i nie ma żadnej roślinności, można bawić się perspektywą.
To, co widzimy:

A tak to wygląda na zdjęciu:

Mieliśmy nawet przygotowaną choreografię:
Na ziemi zobaczymy kilka dziur, a kopiąc trochę, znajdziemy trochę ziemi wymieszanej z solą. Podjeżdża czerwony jeep i pyta naszego przewodnika, gdzie są rzeźby z soli. Po usłyszeniu odpowiedzi, odjeżdżają w kierunku przeciwnym do wskazanego. 10 minut później, jak przewidzieliśmy, widzimy go znowu, jadącego wciąż w złym kierunku hahahah Widać, że nawet jeśli GPS działa na pustyni, jedni umieją go czytać, a inni nie. Nasz przewodnik tłumaczy, że nie potrzebuje GPS, góry nie są do siebie podobne, więc wystarczy, że patrzy na góry, żeby wiedzieć, w którą stronę jedzie.

Wpadamy do hotelu zbudowanego w całości z soli na przystanek „na siku”. Zazwyczaj agencje przyjeżdżają tu z posiłkiem i turyści jedzą lunch tutaj, ale myślę, że jest tu dużo ludzi, dlatego musieliśmy jeść na pustyni.

Spędzam 10 minut w kolejce do damskiej toalety i nie mam nawet czasu obejrzeć rzeźby „Dakar” ani flag. Ale widziałam je ostatnim razem, więc nie żałuję.

Wreszcie możemy przejść do części zalanej. Tak bardzo się cieszę, że zapominam, iż znowu ominęliśmy kaktusy. Ale kaktusy mam w nosie, skoro będziemy mieli wielką przyjemność spotkać flamingi.



Najpierw zatrzymujemy się w bardzo wietrznym miejscu. Ponieważ nadchodziła burza, która miała smagać nas po twarzach. Dziwnie jest być w takiej burzy. Ponieważ nie ma piasku, nie jest brudno, jest po prostu mnóstwo wiatru i tyle.
Agencja zapewniła kalosze, ale nie ma rozmiaru dla JB. Na szczęście przewidziałam ten scenariusz i poradziłam mu, żeby wziął ze sobą klapki. Inny turysta to zauważa i uważa, że to o wiele zabawniejsze, więc on też chowa kalosze i chodzi w klapkach jak JB.

Następnie idziemy w miejsce, gdzie jest więcej wody, żeby zrobić ładne zdjęcia. Chmur jest zbyt wiele, żeby zachód słońca był taki, jaki powinien być, ale nie żałuję. W porównaniu z naszą wizytą sprzed 7 lat, jest o wiele mniej imponująco, efekt „lustra” prawie nie występuje z powodu wiatru, ale cieszymy się, bo wiemy, że to, co przeżyliśmy ostatnim razem, było wyjątkowe.



W pewnym momencie, gdy siedzę w samochodzie, JB podaje mi coś. Zamykam drzwi samochodu i słyszę krzyk JB. Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie, że drzwi zatrzasnęły się… na nadgarstku JB. Przez tydzień będzie miał ogromnego guza. Ups.
JB wróci na pustynię solną kilka dni później podczas swojej wycieczki Jeepem (2 noce, 3 dni), będzie miał więcej wody niż ja, ale to też nie będzie taka powódź, jaką przeżyliśmy 7 lat temu.



Podczas nieobecności JB zostanę sama w Uyuni. Ponieważ odzyskałam energię i entuzjazm, kodowałam non-stop i udało mi się przetłumaczyć kilka książek (z chińskiego na wietnamski) dzięki OpenAI. Pracowałam tak ciężko, że JB myślał, że wysłałam go na zwiedzanie samego, żeby pogeeksować w swoim kącie, hahaha.
Jeśli nie masz problemów z wysokością jak JB, wybierz wycieczkę 3-4 dniową jeepem (900Bs). Pierwszy dzień będzie wyglądał dokładnie tak, jak to, co robimy na wycieczce jednodniowej.
Mogę cieszyć się kilkoma grilami, ale gastronomia w Uyuni nie jest też powalająca. Co wieczór leje jak z cebra, jest wielka burza, ulice są potem bardzo brudne, a w ciągu dnia wszędzie jest kurz. Uyuni bardzo mi się podobało, ale po tygodniu też jestem z ulgą, że wyjeżdżam.


Jest jedna restauracja, którą bardzo lubię, nazywa się Bouquet Du Vin Vinoteca, prowadzona przez Boliwijkę mówiącą po francusku. Serwuje bardzo, bardzo sycące menu lunchowe za 25Bs (zupa + danie główne), pyszne. Gorąco polecam!
Część 2: Praktyczne wskazówki
- Wycieczka jednodniowa z agencją ArielMagic Tours: 200Bs/osobę + 5Bs za zobaczenie rzeźb z soli
- Na wycieczkę 3D,2N, JB pojechał z agencją Skyline Traveller (900Bs)
- Restauracja: Bouquet Du Vin Vinoteca, 25Bs za menu dnia
- Zakwaterowanie: Yokoso hostal: 180Bs/noc, pokój z prywatną łazienką
- Wszystko musi być płacone gotówką, przy płatności kartą pobierają łatwo 5% prowizji
- Możesz wypłacić pieniądze bez prowizji swoją kartą Boursorama Ultim w Banco Fie. Uwaga, banki nie są widoczne na Google Maps, trzeba pytać lokalnych
- Pralnie w Uyuni są bardzo drogie, często płacimy 15€ za każdym razem, może dlatego, że sól niszczy pralki, stąd wygórowana cena
- Zabierz ze sobą:
- dużo kremu z filtrem
- kapelusz
- okulary przeciwsłoneczne
- klapki
- ręcznik do wycierania stóp (lub wilgotne chusteczki typu Pampers)
- wodę
- powerbank, bo zrobisz mnóstwo zdjęć
- weź sweter, wieczorem jest zimno
- trochę drobnych na zapłatę za dostęp do toalet (5Bs/osobę)