Tydzień w Bhutanie, kraju szczęścia: Część 2/4
Po dwóch nocach w Thimphu nie możemy się doczekać, aby odkryć bhutańską wieś, z dala od „dużych” miast.
Ten artykuł jest częścią serii 3 artykułów o Bhutanie. Jeśli jeszcze nie przeczytaliście pierwszej części, kliknijcie tutaj
Część 1: Dziennik podróży
Część 2: Praktyczne wskazówki
Część 1: Dziennik podróży
Mieliśmy zjeść śniadanie o 8:00, ale nasz hotel jest zaskoczony, że „wszyscy przychodzą o tej samej porze”, mimo bardzo szczegółowego zamówienia, które kazali nam złożyć poprzedniego wieczoru o 22:00. Już mieliśmy wyjść z pustymi brzuchami, gdy kelner pobiegł za nami z torbą pełną owoców. Nasz przewodnik i kierowca są bardzo zawstydzeni tą sytuacją i ciągle pytają, czy jesteśmy głodni i czy powinniśmy się gdzieś zatrzymać na jedzenie. Naprawdę bardzo o nas dbają.
Przełęcz Dochu-la
Docieramy do tego miejsca, które znajduje się na wysokości nieco ponad 3000 m n.p.m. i ma 108 stup. To miejsce upamiętniające bardzo krótką wojnę (jedyną w historii Bhutanu!) z indyjskimi rebeliantami, którzy osiedlili się w Bhutanie. Bardzo pokojowi Bhutańczycy nie chcieli wojny, ale byli pod presją ze strony Indian, a stupy zostały zbudowane dla bhutańskich żołnierzy, którzy zginęli podczas tej wojny.


Obok znajduje się kawiarnia z widokiem. Widok byłby ładniejszy bez chmur, ale cieszymy się z gorącej herbaty z mlekiem.


Zimą widok wyglądałby tak:

Drogi są całkiem dobre, ale trzeba jechać ostrożnie. W sumie mamy dzisiaj do przejechania 164 km, a to zajmuje w sumie 6 godzin! Jesteśmy bardzo, bardzo wolni w górach, ale mi to wcale nie przeszkadza, bo i tak tylko śpię. A kiedy nie śpię, jemy. To idealne!



Po posiłku zasypiam, a JB też. W pewnym momencie budzą mnie gwałtowne wstrząsy i jestem przekonana, że samochód się przewrócił. Żadne z nas nie ma zapiętych pasów, jesteśmy w górach. Mimo to nie czuję absolutnie żadnego stresu i jestem znacznie bardziej wyluzowana niż kiedy byłam na Bali (i byłam przekonana, że umrzemy). Kilka sekund później zatrzymujemy się i widzę, że wszyscy jesteśmy cali i zdrowi.
Przewodnik i kierowca wysiadają z samochodu i pytają, czy wszyscy czują się dobrze. I wtedy rozumiemy, że podczas pokonywania zakrętu w górach kierowca zobaczył kamień i chciał go ominąć. Niestety, to było błoto, jedno koło na nie wjechało i spowodowało, że samochód zboczył… i poleciał prosto w górę. Mamy szczęście, że nie stało się to w przeciwnym kierunku, bo żadne z nas nie miało zapiętych pasów bezpieczeństwa. Strachu było więcej niż szkody! Żadnych obrażeń, nawet samochód nie ma NIC. Zauważamy tylko, że jedno koło wydaje się mniej napompowane niż pozostałe.
W szoku kierowca jedzie jeszcze wolniej. Jesteśmy kilka minut od punktu docelowego, więc zostawia nas, abyśmy zwiedzali, podczas gdy on zabiera samochód do naprawy do warsztatu, który dobrze zna.
Klasztor Gangtey
Zwiedzamy klasztor Gangtey, a JB wysyłam, aby obrócił wszystkie koła modlitewne (108 w sumie), aby podziękować za ochronę, którą dzisiaj otrzymaliśmy.

Klasztor przyjmuje około stu mnichów. W Bhutanie rodziny starają się wysłać jedno z dzieci do klasztoru, co jest jeszcze częstsze w biednych rodzinach. Podczas naszej wizyty widzimy kilka ciekawskich oczu obserwujących nas z sypialni, mijamy dwóch lub trzech mnichów, ale niestety nie możemy zostać do ceremonii o zachodzie słońca.









Ten klasztor jest bardzo ładny, a wnętrze różni się od tego, co widzieliśmy do tej pory. Wysokość sufitu jest ogromna, pozostałe dwa piętra są jak balkony. Nie możemy wejść na samą górę, ale dekoracje i obrazy czynią to miejsce podniosłym, a my jesteśmy jakby przyciągani ku niebu. To spokojne i bardzo przyjemne miejsce. Jeszcze raz pokazuję wam zdjęcie znalezione w Internecie, bo nie wolno nam fotografować wnętrza:

Następnie robimy mały trekking. To najprzyjemniejszy trekking na świecie, bo tylko schodzimy. Potem wszystko jest płaskie. Trekking trwa około godziny.

Chodzi o przejście wzdłuż doliny, gdzie zimą gniazdują żurawie (ptaki). Sama dolina jest przepiękna, szeroka, płaska, z dużą ilością wody.








Następnie odwiedzamy centrum ochrony żurawi i bardzo cieszymy się, że możemy obejrzeć film wyjaśniający pochodzenie tego centrum. Ta dolina jest wyjątkowo płaska (rzadkość w Bhutanie) i żyzna. Jest tu wielu producentów ziemniaków i oni również pożądają tej doliny. Celem centrum jest uświadomienie rolnikom, dlaczego zachowanie tej doliny może przyciągnąć ptaki i pozwolić im zarabiać pieniądze w inny sposób (dzięki turystyce, homestayom…) i nie zajmować doliny swoimi plantacjami ziemniaków. Myślę, że to jedyny kraj, w którym można się wzbogacić dzięki ziemniakom. Nasz przewodnik mówi, że ci rolnicy zarabiają więcej niż on, są bardzo bogaci i eksportują aż do Indii. Z powodu braku infrastruktury czasami są zmuszeni eksportować ziemniaki w czasie żniw, a potem ponownie importować je do konsumpcji w Bhutanie. Ptaki przylatują tu w październiku, więc widzimy tylko 2 osobniki, które zraniły się i nie mogą już latać. Robią dużo hałasu.


W drodze do naszego hotelu widzimy mecz piłki nożnej między wieśniakami i zatrzymujemy się, aby popatrzeć. Obecność JB zakłóca atmosferę, dzieci próbują się z nim komunikować, mimo że nie mówią zbyt dobrze po angielsku.
W końcu docieramy do naszego hotelu, prowadzonego przez rodzinę. Mamy górne piętro bungalowu z niesamowitym widokiem na klasztor i pola ziemniaków. Kolacja jest pyszna, a śniadanie też.



Część 2: Praktyczne wskazówki
Wyjechaliśmy z agencją Bhutan Inbound. Więcej informacji na cenie i płatności tutaj

