Mini road trip w Holandii: Tulipany, Edam, Giethoorn, Zaanse, Amsterdam
Teraz, gdy mieszkamy w Lille, łatwiej nam odkrywać kraje Północy. Z Lille można wziąć pociąg, ale jest on niesamowicie drogi i jedzie wieki. JB i ja decydujemy się na Flixbusa, nawet jeśli oznacza to wyjazd dzień wcześniej i dodatkową noc w hotelu, i tak będzie to znacznie tańsze niż pociąg czy samolot. Sami jesteśmy zaskoczeni, że JB ma urlop, bo jest jeszcze na okresie próbnym, ale jego firma chciała, żeby wszyscy wzięli urlop przed określoną datą, więc jesteśmy zmuszeni do „wyjazdu na urlop”. Koncept, którego nie znaliśmy przez 8,5 roku freelancingu na całym świecie. Do tego stopnia, że JB całkowicie zapomniał, że poniedziałek jest świąteczny i wróciliśmy do Lille w niedzielę zamiast w poniedziałek.
Po mojej podróży do Amsterdamu Facebook zasugerował mi mnóstwo miejsc do zwiedzenia w Holandii, zapisałam je i wykorzystuję tę drugą podróż, aby zobaczyć te atrakcje.
Dzień 0
O 18:00 JB kończy pracę. Mamy ledwo 15 minut, aby wrzucić do walizki to, czego nam brakuje. Kroję kilka plasterków salami na drogę do autobusu. Idziemy pieszo na stację. Wielki błąd! Leje jak z cebra. Od kolan w górę jesteśmy idealnie suchi, ale buty, skarpetki i część spodni są całkowicie przemoczone. Na szczęście w autobusie jest trochę cieplej i po 4 godz. 20 min docieramy do Hagi prawie sucho. Powód, dla którego nie jedziemy od razu do Amsterdamu, to (1) wysoki koszt hoteli w Amsterdamie (2) tulipany są bliżej Hagi niż Amsterdamu.
Zamiast kolacji, kończymy przekąski, które ze sobą zabraliśmy, i idziemy spać. Spędzimy 2 noce w Hadze.
Dzień 1
Jesteśmy trochę niezadowoleni z łóżka w hotelu. Ponieważ wyposażyliśmy nasze mieszkanie w pościel i ręczniki od dostawców hoteli 5-gwiazdkowych (mamy prawie wszystko, co jest w pokoju Marriotta), zaczynamy porównywać naszą pościel z tą w hotelu w Hadze; brakuje nam wszystkiego: naszej pościeli, naszych poduszek ze 100% puchem i pierzem, naszych miękkich ręczników kąpielowych, a nawet szlafroków z tkaniny w plaster miodu. Budzimy się z lekko skręconym karkiem, bo wysokość poduszek nam nie odpowiada. Z przerażeniem zauważam, że teraz tylko hotele 5-gwiazdkowe mogą dorównać komfortowi naszego mieszkania. A podróżowanie oznacza dla nas obecnie spadek komfortu.
Dziś po prostu objedziemy pola tulipanów. JB i ja wynajmujemy mały samochód w Hertz, i dobrze, bo pada deszcz z przerwami i jest strasznie zimno.
Ograniczamy się do powrotu na pola tulipanów zlokalizowane 2 lata temu. Niespodzianka: nie ma już tulipanów. Albo zbiory są w tym roku wcześniejsze z powodu ładnej pogody, albo jeszcze się nie odbyły. Widzimy kilka pól w pobliżu Keukenhof, ale kwiaty są jeszcze malutkie. Jesteśmy trochę rozczarowani i zastanawiamy się, czy nie powinniśmy byli wykorzystać urlopu pod koniec kwietnia, ale nawet jeśli cebulki są sadzone dziś, za dwa tygodnie też nie będziemy mieli kwiatów.
Zostaje opcja odwiedzenia płatnych ogrodów tulipanów, takich jak Keukenhof czy Tulip Experience, ale byliśmy tam ostatnio. Po losowej jeździe wpadamy jednak na kilka fajnych pól (tulipanów, hiacyntów – pachną bosko). Nie tak imponujące jak ostatnio, ale nadal ładne (adresy: https://maps.app.goo.gl/XEBpwdeSi4eRxm9L6?g_st=isi a na zrywanie tulipanów: https://maps.app.goo.gl/3Ac6Ae42DTL8rLAv8?g_st=isi).







Przypominam, że te pola tulipanów służą do uprawy cebulek tulipanów, nie kwiatów. Kwiaty sprzedają się za około 5 € za pęczek, podczas gdy każdy kwiat może dać kilka cebulek, a 10 cebulek kosztuje raczej 13 €.
Zwiedzamy zamek Keukenhof, który można zwiedzać tylko z rezerwacją (nie mamy jej). Jego ogród i parking są otwarte dla wszystkich za darmo.


Zwiedzamy Edam, malutka, urocza wioska, która nosi nazwę sera. Tu czas wydaje się zatrzymany. Daleko od swojej przeszłości jako portu wielorybniczego, dziś odkrywa się tu spokojną atmosferę, brukowane uliczki, ciche kanały i ręcznie obsługiwane mosty zwodzone. W bardzo kolorowym sklepie można skosztować różnych rodzajów sera (podobno goudy), moje ulubione to: gouda z truflami i gouda z jalapeño. Licz 11-16 € / ser.








Zaczyna padać i chronimy się w jedynej otwartej restauracji we wsi (L’Auberge Damhotel EDAM). Dania przypominają bardziej fast food, ale jest ładnie, jest nam ciepło i obsługa jest miła.
Następnie idziemy na plażę , bo chcę zobaczyć, jak wygląda plaża w kraju, który znajduje się poniżej poziomu morza. W końcu wygląda jak każda plaża w Normandii. Kupujemy dwie gorące czekolady. JB zauważa, że tutaj jest maszyna, która się kręci, a w środku jest gotowa gorąca czekolada. Obsługują nas tak szybko, jakbyśmy zamówili butelkę wody. Gorące czekolady w Holandii będą wszystkie takie, gotowe i bez smaku.



W oddali widać turbiny wiatrowe stojące w wodzie, tak, w morzu… Udało im się przekształcić nieprzyjemną rzecz (dużo wiatru w Holandii) w energię.
Chciałem odwiedzić muzeum CORPUS, bardzo dobrze zrobione, gdzie ma się wrażenie, że jest się wewnątrz ludzkiego ciała w wersji XXL, ale niestety nie ma już biletów przez kilka godzin. Ponieważ to weekend wielkanocny, wszyscy jadą do Holandii i wszędzie trzeba rezerwować.
Zobaczę w Internecie później, że w przypadku pustych pól tulipanów albo braku biletów do Keukenhof, można iść do tego małego, darmowego parku:

Wracamy około 18:00 do Hagi, całkowicie wyczerpani zimnem i wiatrem. Zaplanowałam ciepły płaszcz z kaszmiru i kilka warstw wełny + kaszmiru, ale wobec tego podstępnego wiatru jest mi potwornie zimno, a mój katar, który ciągnie się od tygodnia, się pogarsza.
W obliczu tej nędznej sytuacji przychodzi mi do głowy tylko jedno rozwiązanie: zafundować sobie dobrą, ostrą, gorącą wietnamską zupę. Idziemy do mojej ulubionej wietnamskiej restauracji w Hadze (Viet Street) i rzeczywiście, zupa to świetny pomysł. Inni biali klienci są tu dla bubble tea, tylko azjatyccy klienci jedzą. To prawdopodobnie dlatego, że ta restauracja serwuje autentyczną kuchnię i nie skąpi przypraw i ziół. Jadłam za szybko, więc zrobiłam tylko zdjęcie restauracji, a nie potraw. Wszystko jest pyszne!

Dzień 2
Jedziemy pociągiem do lotniska Schipol , aby wynająć samochód. Jeśli nie zatrzymaliśmy wczorajszego auta, to dlatego, że nie wiemy, gdzie je zaparkować w Hadze. JB ma status Avis Preferred, więc samochód jest już gotowy, dostał upgrade i ma bardzo bardzo długi samochód z ogromnym bagażnikiem. Nie lubi dużych aut, zwłaszcza że mamy tylko małą walizkę. Możemy bez problemu wymienić samochód. Co za ulga!
Zawsze cieszymy się z upgrade’u w hotelu, ale jeśli chodzi o samochody, to nas to nie interesuje. Zdarzyło nam się już we Francji odmówić upgrade’u, a pracownik negocjował, żeby zmienić nasze zdanie, bo mu zależało, żebyśmy wzięli jego duże auto. Tutaj nie ma żadnego problemu. Uważam, że Holendrzy są surowi jak Niemcy i widać to na przejściach dla pieszych, bo nawet o 23:00, gdy wokół nie ma żadnych samochodów ani rowerów, nikt nie odważy się przejść. Ci, którzy to robią, to na pewno turyści, jak my. Chciałabym żyć wśród tak surowych ludzi, dopóki nie dowiedziałam się, że w Niemczech sąsiedzi szpiegują się nawzajem, jeśli chodzi o hałas i skuteczne sortowanie śmieci, hahaha.
Dziś opuszczamy okolice Amsterdamu i na jedną noc zatrzymamy się na wsi. Ruszamy w 2,5-godzinną podróż, podczas której pada, pada bez przerwy, a po drodze prawie nie ma pól tulipanów.
Giethoornt
Czas zwiedzić niewielką część Parku Narodowego Weerribben-Wieden. Park Narodowy Weerribben-Wieden rozciąga się na 10 000 hektarów, co czyni go największym obszarem słodkowodnych mokradeł w północno-zachodniej Europie. Dawniej region ten był wykorzystywany do pozyskiwania torfu i trzciny. Długie rowy i kanały przecinające krajobraz świadczą o tej działalności: za każdym razem, gdy wykopywano rów torfowy, wydobyty torf rozkładano na sąsiednich pasach ziemi, zwanych ribben, w celu wysuszenia.
Docieramy do wioski Giethoornt, która bardzo przypomina Wenecję. Jedyna różnica jest taka, że piękne mosty są w większości prywatne i każdy prowadzi do domu położonego na wysepce suchego lądu. Mosty publiczne są znacznie mniejsze. Pozytywne jest to, że na tych wysepkach jest sporo sklepów i restauracji. Można więc przechodzić przez mosty sklepów/restauracji i zwiedzać ich maleńkie „wyspy”. To mieszanka Wenecji i ogrodów na wodzie w Amiens. Pomimo bajkowego charakteru wioski, odwiedza ją tylko 25 000 turystów rocznie. Mam wrażenie, że połowa z nich przyjechała dziś, bo jest bardzo, bardzo dużo ludzi, a małe łódki są wszystkie zajęte.
Leje jak z cebra, więc wskakujemy do pierwszego dużego krytego statku (9,5 €/osobę). Według kapitana Jacka statek nazywa się Titanic 😀 Podają nam za darmo kawę i herbatę i ruszamy w 1-godzinny rejs. Ze współczuciem patrzymy na inne prywatne (i otwarte) łodzie. Przy ładnej pogodzie dobrym pomysłem byłoby wynajęcie łodzi za 35 €/h, ale nie przy tej paskudnej pogodzie. Rejs statkiem nie ma większego sensu poza dostępem do bardzo dużego jeziora (do którego nie można dotrzeć pieszo). Można tu przenocować, ale jest bardzo drogo, a przede wszystkim co byśmy jedli wieczorem?



Po rejsie zatrzymujemy się w restauracji na mniej lub bardziej akceptowalny posiłek (liczcie 20-22 €/osobę) i ponownie zwiedzamy wioskę pieszo.












Wracając, zamiast prosto do hotelu, zauważam na mapie drogę w stylu Key West (mała droga na środku ogromnego jeziora https://maps.app.goo.gl/G3Pqx1fKiU81DYGP6). Brakuje tylko namorzynów i moglibyśmy się poczuć jak na Florydzie. JB i ja pokonujemy tę drogę w obie strony, wspominając nasze przygody w Miami.
Dzień 3
Dzisiejszy program jest bardzo prosty: oddać samochód, robiąc po drodze przystanek przy młynach.
Aquaduct Veluwemeer
Oczywiście, patrząc na mapę, dodaję przystanek: zauważam serce, które dodałam: to dokładna lokalizacja akweduktu, którego architektoniczną pomysłowość odkryłam przypadkiem dzięki rekomendacjom algorytmu Facebooka. W Holandii mosty, nawet te najmniejsze, potrafią się podnosić, aby przepuścić łodzie. Ale tutaj to droga przechodzi pod wodą. To nam doda 30 minut jazdy, ale uwielbiam tego typu konstrukcje. Więc mimo komentarzy narzekających, że bez drona nic nie widać, i tak decyduję się tam pojechać.
Przyglądając się uważnie Google Maps, znajduję na miejscu most (https://maps.app.goo.gl/7XBLLB8A7xphbxSU8) pozwalający dobrze obserwować to miejsce (mój Google Maps jest zawsze w trybie satelitarnym, więc mogę dobrze zidentyfikować punkty zainteresowania i znaleźć punkty dostępu). Z dronem byłoby niesamowicie. Niestety, w tym momencie nie przepływa żadna łódź, ale będąc na miejscu, lepiej rozumiem, jak to jest zbudowane. Wygląda po prostu jak wielki basen nad autostradą. Wsiadamy z powrotem do samochodu i przejeżdżamy pod akweduktem, żeby lepiej zobaczyć konstrukcję, i uświadamiam sobie, że szerokość nie jest zbyt duża (10 metrów?), a głębokość też nie jest imponująca (może 3 metry?), ale myślę, że to w zupełności wystarczy dla żaglówek. Jednak, aby utrzymać tę konstrukcję, jest ogromna ilość betonu na około stu metrach po obu stronach autostrady.


Zaanse Schans windmolen
Czas odwiedzić wiatraki. Zajmuje nam wieczność dotarcie na miejsce, bo jest zbyt wiele samochodów i wszystkie parkingi są pełne. Musimy zaparkować po drugiej stronie mostu. Ale pogoda jest piękna, nawet zbyt gorąco. JB jest niezadowolony, widząc tyle osób w tej wiosce, która jest bardzo disneylandowa. Przez te wszystkie lata podróży dookoła świata, odwiedzaliśmy tylko w dni powszednie, starannie unikając wielkich świąt, a tu wybraliśmy najbardziej ruchliwy weekend wiosny. Nawet żeby przejść przez most czy wejść do sklepu, trzeba się przeciskać. Jednak wiatraki są bardzo ładne, chociaż mniejsze, niż się spodziewałem. Plusem jest to, że widać kilka naraz.
Strona disneylandowa jest nieunikniona. Wiele domów zostało tu sprowadzonych specjalnie, aby stworzyć atmosferę godną XVII wieku. Pomimo dostępności wiatraków, są też łodzie, aby w pełni cieszyć się wioską.




Kiedy zbliżamy się do wiatraków, rozpoznaję poliglotycznego sprzedawcę linorytów, którego widziałem na YouTube. W tamtym okresie bardzo interesowałem się poliglotami i musiałem natknąć się na wideo tego mężczyzny. Miałem wątpliwości, bo wygląda młodziej niż na swoim wideo, ale kiedy zaczyna rozmawiać z chińskimi turystami po chińsku, nie mam już żadnych wątpliwości, to na pewno on. Zaczynam tłumaczyć JB treść wideo, które obejrzałem, i nagle uświadamiam sobie, że wciąż pamiętam treść wideo obejrzanego 8 lat temu !!!. Dlaczego moja pamięć wciąż przechowuje takie informacje? To jest problem, gdy ma się dobrą pamięć – pamięta się wszystko, zarówno rzeczy ważne, jak i te mniej istotne; i ma się niewiele sposobów, aby wymazać je z pamięci długotrwałej. Tak czy inaczej, po obejrzeniu jego wideo (gdzie wyraźnie było widać wiatraki), pomyślałem sobie, że istnieje miejsce z mnóstwem wiatraków w Holandii, odwiedzanym przez tysiące turystów, i ta informacja została ze mną przez cały ten czas, wraz z obrazem tego poligloty 😀
Oprócz zwykłego sklepu z serami jest muzeum drewnianych chodaków Wooden Shoe Workshop of Zaanse Schans, z darmowym wstępem. Jest tam mały pokaz na żywo, ale jest zbyt tłoczno, żebym cokolwiek zobaczył. Te buty są lżejsze, niż sobie wyobrażałem. I kosztują dość sporo (70 € para).



Jesteśmy trochę głodni, ale kupienie czegokolwiek jest niemożliwe, bo są długie kolejki nawet po lody. JB proponuje wyjazd ASAP, jest o wiele za dużo ludzi. W końcu, oddając samochód na lotnisku, będziemy mogli zjeść pyszne włoskie lody.


Następnie jedziemy pociągiem do nowego hotelu w Amsterdamie (link do Bookingu). Zbyt zmęczeni, jemy kolację w hotelu bez innych atrakcji. Dzięki American Express, zawsze mamy status Marriott Gold i jesteśmy upgradowani do wyższej kategorii (większy pokój), co zawsze jest bardzo doceniane (w przeciwieństwie do upgrade’ów samochodów).
Dni 5 i 6
Mimo że pokój nie jest wyjątkowy, jestem miło zaskoczona jakością pościeli. Mam wrażenie, że śpię na chmurze. Za każdym razem, gdy szczególnie dobrze spaliśmy w hotelu, zauważyliśmy obecność materaca nawierzchniowego. JB sprawdza nazwę na metce i znowu, to belgijska marka, której sklep fabryczny był 30 minut od Lille, ale jest zamknięty (według Google Maps). Myślę, że i tak wybierzemy się tam kiedyś. Tymczasem kupimy materac nawierzchniowy (taki sam jak moja siostra). Zaletą jest to, że zamiast wymieniać materac łóżka (co najmniej 500 €), kładziemy materac nawierzchniowy, który koryguje jego wady (np. większą twardość) za 150 €. To najlepsze rozwiązanie dla nas, ponieważ materac należy do właściciela, a jego wymiana oznacza, że trzeba przechowywać stary w piwnicy.
Het Muizenhuis – Sklep i Muzeum
Jedziemy metrem do Amsterdamu. Jesteśmy trochę na przedmieściach (żeby płacić mniej, link do Bookingu) i jest bezpośrednie metro, które dojeżdża do centrum Amsterdamu w 20 minut. Pierwszą rzeczą, którą dziś odwiedzamy, jest muzeum miniaturowych domków, które wypatrzyłam na Google Maps: Het Muizenhuis – Sklep i Muzeum. Sprzedawczyni szybko wyjaśnia nam, że miniaturowe konstrukcje, które tu widzimy, zostały zbudowane dla serii książek dla dzieci. Książki te doczekały się nawet adaptacji w programach telewizyjnych we Francji. Podążamy za myszkami (Sam i Julia) na jarmark, do domu, do muzeów itd. Mówi nam, że autorka jest na piętrze i można poprosić ją o dedykację. Na parterze setki książek w wielu językach są dostępne, a także zestawy miniaturowe. Pokażę wam mnóstwo zdjęć, bo strasznie mi się to podoba, i byliśmy tam 4 razy.






























Kupiłam książkę po francusku (można je też znaleźć na Amazon tutaj lub we Fnac), a autorka ją podpisała. Mówi mi, że najpierw pisze książkę, a potem tworzy miniaturowe scenki. Następnie wszystko jest wykonane z recyklingu (widzicie tutaj przykład recyklingu). Później, dla osób, które nie potrafią zamienić kubka po jogurcie w rondel, są zestawy z drewna i kartonu w skali 1:12.

JB patrzy ze mną i pokazuje mi mnóstwo szczegółów (jest wysoki, więc widzi więcej rzeczy), w tym mini pułapkę na myszy (podczas gdy główni bohaterowie to myszy, hahaha).
Targ Kwiatowy
To tutaj można kupić nasiona i cebulki oraz świeżo cięte kwiaty. Ceny nie są najniższe, ale niższe niż w Keukenhof.





Tuż obok muzeum miniatur znajduje się sklep z goframi (FA. Stroop Stroopwafels) i zawsze jest tam tłum ludzi. 8 euro za gofra! Nie próbowaliśmy, ale wygląda bardzo ładnie!

Cała ulica jest deptakiem, zajrzyjmy do kilku sklepików:
Naprzeciwko, w The English bookshop, można kupić książki z zakrytą okładką, z tylko kilkoma słowami kluczowymi, żeby kupić książkę bez wpływu tytułu, autora czy okładki. Uważam, że to bardzo fajny pomysł.



Kilka metrów dalej jest sklep pełen skórzanych toreb – to nie luksus, ale nie są drogie i mają charakter.



Kolejny sklep z goframi (van Wonderen Stroopwafels), słabo oceniany na Google Maps, tym razem z mnóstwem balonów na ogrzane powietrze – bardzo ładnie i bardzo drogo, z długą kolejką.

Naprzeciwko znajduje się sklep Pop Mart. Uważam, że zabawki są bardzo brzydkie, ale też jest długa kolejka.

Potem jest sporo concept store’ów i sklepów z artykułami papierniczymi, które mi się podobają w Amsterdamie, na przykład:
- Rubberstamp boutique : z pieczątkami o bardzo fajnych wzorach oraz ex librisami
- the Otherist : to mój ulubiony concept store, jest tam tyle pomysłowych i pięknych przedmiotów, których nie widziałam gdzie indziej
- pod adresem Rotganssteeg 25: można znaleźć zestawy papierowe do tworzenia trofeów lub owadów, dużo ładniejsze niż te we Francji
- Lyppens Jeweler : uważam, że biżuteria jest bardzo piękna, bardzo kreatywna, raczej „haute joaillerie”








Najbardziej korzystaliśmy z dzielnicy chińskiej w Amsterdamie, żeby zaopatrzyć się w azjatyckie dania. Bo w Lille nie ma dobrych azjatyckich restauracji; a holenderskie jedzenie też nie jest wyjątkowe. Na kaczkę po pekińsku polecam Wing Kee. To nie jest luksusowa kaczka po pekińsku, ale raczej tania wersja do jedzenia z ryżem.



Na bun cha (wietnamskie danie, które uwielbiamy) polecam Hanoi Old Quarter Restaurant :

Jeśli chodzi o bubble tea, myślę, że jest ich teraz co najmniej 10 w każdym mieście, wszystko w Amsterdamie wygląda dobrze.

Dzielnica chińska nie jest daleko od red district. Idziemy tam wieczorem i jest czarno od ludzi. Powód: witryny, w których bardzo mało ubrane kobiety czekają na klientów. Nie wiedziałam, że za witrynami znajduje się prawdziwy pokój. Myślałam, że są tam, żeby reklamować show. Ale nie, każdy zainteresowany klient może zapukać do drzwi (przy wszystkich), negocjować cenę i zasłony zostaną zamknięte. To jednak trochę odważne robić to przy wszystkich; gdy ktoś wchodzi do jednego z tych pokoi, wszyscy wiedzą, po co. Cóż, uważam, że atmosfera jest trochę niezdrowa. Dobra wiadomość jest taka, że nie wolno robić zdjęć tym kobietom.

Nie bardzo przygotowaliśmy tę podróż, bo bardzo późno zdecydowaliśmy, dokąd jechać na wakacje JB, więc nie dostaliśmy biletów do najpopularniejszych muzeów, takich jak dom Anne Frank (pełny nawet na miesiąc wcześniej!) czy muzeum Van Gogha. Ale to nie szkodzi. Dzięki ładnej pogodzie nie musimy wcale chować się w muzeum.









Ostatniego dnia idziemy pieszo na przystanek FlixBus. Myślimy, że mamy dużo czasu, ale przez moje ciągłe postoje w sklepach okazuje się, że możemy się spóźnić i musimy wziąć autobus zamiast tego 😀 Jeśli jesteście w podobnej sytuacji, bez paniki – autobusy często są punktualne, a jeśli nie macie biletów, możecie po prostu przyłożyć kartę bankową.
5 godzin i 20 minut później docieramy do Lille. JB ma dzień wolny następnego dnia przed powrotem do pracy.
