Tydzień w Bhutanie, kraju szczęścia: Część 4/4
Dzisiaj odwiedzamy bardzo wyczekiwane Tygrysie Gniazdo.
Ten artykuł jest częścią serii o Bhutanie, przeczytaj najpierw pierwszą, drugą , a następnie trzecią część.
Część 1: Dziennik podróży
Część 2: Praktyczne wskazówki
Część 1: Dziennik podróży
Mimo trochę lekkiej kolacji wczoraj, dziś rano jesteśmy całkiem dobrze obsłużeni.

Przewodnik przychodzi po nas wcześnie, aby uniknąć upału. Kierowca wysadza nas na parkingu i życzy nam powodzenia. Klasztor Taktshang, znany również jako Tygrysie Gniazdo (Nest Tygrysa), jest jednym z najbardziej charakterystycznych i duchowych miejsc w Bhutanie. Znajduje się w dolinie Paro, przyklejony do klifu na wysokości około 3120 metrów. To buddyjskie miejsce jest święte dla Bhutańczyków i przyciąga pielgrzymów oraz turystów z całego świata.
Klasztor jest związany z legendą buddyjskiego mistrza Padmasambhawy, znanego również jako Guru Rinpocze. Według legendy Padmasambhawa przybył tutaj na grzbiecie tygrysicy, aby medytować w jaskini przez trzy miesiące i poskromić demony regionu. Dlatego klasztor nosi nazwę Taktshang, czyli Tygrysie Gniazdo. Przewodnik pokazuje nam zdjęcie tego miejsca i rzeczywiście, w pewnym świetle, góra przypomina głowę tygrysa (wyraźnie widać oczy i pysk tygrysa).
Jedynym sposobem, aby się tam dostać, jest piesza wędrówka, albo połowa konno, połowa pieszo. Koń może zaoszczędzić mniej odważnym 45 minut marszu.

Podczas Covidu cały kraj zjednoczył się, aby ulepszyć drogę. Stała się bezpieczniejsza, szersza, co jest bardzo przydatne w deszczowe dni.


45 minut później docieramy do połowy drogi, do jedynej kawiarni w okolicy i cieszymy się, że możemy napić się czegoś gorącego. Z tarasu widać dobrze świątynię z daleka. Nie wiemy dokładnie, jak się tam dostaniemy, wydaje się bardzo, bardzo daleko.




Kontynuujemy drogę. Wyłączam wszelkie niepotrzebne czynności, tj. myślenie, i idę w trybie automatycznym, krok za krokiem. Rozumiem, dlaczego pielgrzymi tam się udają. Samo dotarcie to już duchowa podróż, dociera się szybciej, medytując podczas chodzenia, niż myśląc o drodze do przebycia. Podziwiam naszego przewodnika, bo co tydzień musi przemierzać tę samą trasę z turystami. Spotkamy nawet jego brata! To dzięki jego bratu zapragnął zostać przewodnikiem turystycznym.
Przewodnik mówi nam, że można spać na samej górze, że jest inna ścieżka prowadząca z drugiej strony góry. I wtedy opowiada nam historię dzieci, których ciała po śmierci są porzucane na szczycie góry, zgodnie z bhutańską tradycją. Dotyczy to tylko dzieci. Nie jestem pewna, co mi powiedział, ale jeśli dobrze zrozumiałam, stracił swoje dziecko i musiał zanieść jego ciało na tę górę… to takie tragiczne, że nie odważyłam się zadawać więcej pytań. To musi być tak rozdzierające serce stracić dziecko, ale dodatkowo musieć porzucić jego ciało samemu na górze, nawet nie chcę sobie wyobrażać!! W regionach takich jak Bhutan i Tybet, skalista i zamarznięta ziemia utrudnia pochówek. Niebiański pogrzeb staje się wtedy pragmatycznym rozwiązaniem, jednocześnie zgodnym z lokalnymi wierzeniami religijnymi: ciało wraca do natury po śmierci.
Od tego miejsca już nie wchodzimy, schodzimy 200 schodów, aby wejść z powrotem około pięćdziesięciu schodów.



Z daleka i z bliska ta świątynia jest przepiękna. Od momentu, gdy mamy ją w polu widzenia non-stop, czujemy się bardziej energiczni i zmotywowani.

Aby dostać się do świątyni, trzeba przejść przez bardzo fajny mały mostek.


Jesteśmy na dole schodów. Jest problem: JB ma tylko szorty, a Bhutańczycy wymagają, aby całkowicie zakrywał nogi. Przewodnik nie pomyślał, aby nas uprzedzić!! Nie ma mowy o zawracaniu, i nie ma też możliwości użycia szalika do zakrycia nóg, na szczęście jest spodnie do wypożyczenia na miejscu, brzydkie dresy, ale przynajmniej pozwalają JB nie wrócić z niczym.

Od teraz nie wolno robić żadnych zdjęć. Zwiedzamy jaskinię, w której medytował mistrz Padmasambhawa. Czekam, aż wszyscy wyjdą, aby zostać tam dobre dziesięć minut. Energia w tej jaskini jest niesamowita i mnie uspokaja. Przy drzwiach słyszę pielgrzymów, którzy od czasu do czasu dzwonią ogromnym dzwonem. Na piętrze wyżej lama modli się, a pielgrzymi wykonują 108 pokłonów przed wizerunkami Buddy. To wzruszyło mnie do łez.
Zwiedzamy inne miejsca, w tym jedno, gdzie możemy wypowiedzieć życzenie. Nie wierzymy własnym uszom i pytamy przewodnika ponownie, czy naprawdę możemy prosić o cokolwiek. Mówi, że tak. To naprawdę wiele mówi, że kiedy mamy prawo do jednego życzenia, jaka myśl przychodzi nam do głowy jako pierwsza. Składamy życzenie, a potem zostawiamy tam nasze białe szaliki (widząc, że inni to robią) jako ofiary. Zdam wam raport, co się stanie z tym życzeniem, czy się spełni, czy nie. W każdym razie obok jest inne miejsce, gdzie można prosić o bogactwo… i omijamy je, bo zrozumieliśmy, że bogactwo pochodzi też częściowo z naszych wysiłków, więc jeśli go chcemy, to sami go szukajmy. Kiedy jesteśmy w środku świątyni, nie zdajemy sobie sprawy z jej piękna, bo wygląda jak każda inna świątynia, z wyjątkiem tego, że trzeba ciągle zmieniać poziomy i chodzić po skałach. Na ostatnim piętrze znajduje się sala, gdzie można zapalić lampę z masłem. Nie zapalamy lampy dla siebie, ale aby oświetlić inne zagubione dusze. Wybieramy najmniejszą lampę (bo nie mamy już dużo gotówki) i jesteśmy bardzo zadowoleni, że mogliśmy poczekać na ten moment, aby zapalić naszą lampę, a nie w innym miejscu. Na dole schodów jest źródło wody, gdzie możemy napełnić nasze butelki. Ma nas odmłodzić, więc pijemy ją z przyjemnością.

Ruszamy na długie zejście. Idę dalej w trybie automatycznym aż do kawiarni, gdzie jemy lunch (bufet w cenie). Potem do parkingu. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale mamy prawo do krótkiej wizyty przed gorącą kąpielą.
Tutaj też JB nie ma spodni, więc wizyta jest mu zabroniona, ponieważ świątynia (Kyichu Lhakhang) jest w tym momencie odwiedzana przez oficjeli. Zwiedzam sama z przewodnikiem, ale zabierze on tam JB następnego dnia, żeby niczego nie przegapił. To jedna z najstarszych świątyń w Bhutanie. Jest znacznie mniejsza od pozostałych, ale jest pięknie ozdobiona. Należy do 108 świątyń stworzonych, aby zablokować demony (jest rysunek pokazujący, że 108 świątyń tworzy zwierzę, które czuwa nad Bhutanem).

Nie wiem, co myślicie o tej historii, ale feng shui jest trochę podobne: buduje się budowle, aby zmienić energię miejsca: uczynić ją lepszą, skoncentrować ją w konkretnym miejscu (na przykład skierować ją do salonu lub biura) albo aby złamać jej złą energię. W Chinach jest słynne miasto (Tuojiang), którego most (bardzo malowniczy i bardzo instagramowy) został zbudowany właśnie po to, aby zapobiec rozwojowi gospodarczemu i duchowemu mniejszości etnicznej tam mieszkającej (i udało im się).
Idziemy do gorącego źródła, gdzie przód wanien wystaje na 20 cm, wystarczająco, aby pracownik wsunął tam rozgrzane kamienie i uzupełnił wodą gorącą lub zimną. Pracownicy nie widzą klientów, więc jeśli chcemy więcej gorących kamieni lub więcej zimnej wody, wystarczy zapukać w drewno i krzyknąć łamaną angielszczyzną „more hot, number 3” na przykład.

Kamienie pochodzą z pobliskich rzek i są używane, aż się rozpadną.


Jest czysto, bardzo gorąco, woda zawiera dodatkowo zioła lecznicze. W środku są dwa czyste ręczniki i dwie butelki wody. To naprawdę piękne doświadczenie, uwielbiam je! A przede wszystkim dobrze robi po tyle wysiłku fizycznego.

Czekając na herbatę z mlekiem, JB i nasz kierowca ćwiczą łucznictwo. Jak już wyjaśniliśmy, bhutańskie łucznictwo ma cel na 130 metrów, ale tym razem zadowolimy się kilkunastoma metrami. Kilka strzał ląduje na polu ryżowym, to trudniejsze, niż się wydaje. Turysta obok niecierpliwi się, bo jego przewodnik jest bardziej zajęty łucznictwem niż swoją pracą. Ciągle mówi swojemu przewodnikowi, że chce wyjść, a ten się nie rusza. Wtedy bardziej doceniamy naszego przewodnika i naszego kierowcę. Bo gdy tylko wyrażam potrzebę wyjścia (jest mi zimno, moje włosy nie są suche), oni rezygnują z herbaty i łucznictwa i jedziemy ASAP.

Próbujemy ostatni raz, tym razem, aby zobaczyć jedyny samolot dnia startujący z lotniska, ale jest jak wczoraj: samolot odleciał już godzinę wcześniej. Oni mają tak mało samolotów, że samoloty przylatują i odlatują, kiedy chcą, ahaha.
Nocujemy w tym samym hotelu co wczoraj. General manager przychodzi przeprosić za brak jedzenia poprzedniego dnia i daje nam 10 razy więcej rzeczy do jedzenia. Jest tyle jedzenia, że tym razem nie dajemy rady go skończyć. Mówi, że było nieporozumienie, pracownicy byli zbyt skupieni na obsłudze bufetu dla grupy 60 indyjskich turystów, że nie ugotowali dla nas dużo. I że mieli tak dużą rotację, że nowi pracownicy nie wiedzą, co mają robić.
Ostatni dzień
JB zwiedza świątynię, do której wczoraj nie miał wstępu. Korzystamy z ostatniego dnia na ostatnie zakupy. Pomysł jest taki, aby kupić flagi modlitewne i powiesić je gdzieś. A potem JB ma genialny pomysł, żeby się ogolić. Znajdujemy świetnego fryzjera, który go goli i strzyże.

Ostatni lunch w Bhutanie:

Odwiedzamy kilka sklepów z pamiątkami w Paro i odkrywamy, że możemy spokojnie otworzyć własne muzeum z antykami sprzedawanymi tutaj. Ale wyprowadzenie ich z Bhutanu to inna historia!!

Znajdujemy dostępne miejsce, aby powiesić nasze flagi modlitewne. Nie wiem, jak długo wytrzymają, ale mam nadzieję, że nie za długo. Te flagi są zrobione z bardzo cienkiego materiału i wiatr szybko je niszczy (nie chcemy też zbyt wielu śmieci).


No cóż, to już koniec naszej podróży po Bhutanie. Nasz przewodnik pyta, czy uważamy, że Bhutańczycy są szczęśliwi.
Odpowiedź jest, moim zdaniem, dość złożona. Z jednej strony rząd mierzy sukces kraju według zupełnie innych kryteriów: Szczęścia Narodowego Brutto (GNH), na przykład wskaźnika zalesienia, ochrony kultury, sprawiedliwej ekonomii… a nie PKB czy wzrostu gospodarczego. Organizują nawet konkursy na posadzenie jak największej liczby drzew w jeden dzień, a wojskowi uczą mieszkańców najlepszej techniki sadzenia. Z drugiej strony mieszkańcy, nawet jeśli chcą być w pełni kapitalistami, nie mogą, bo podaż jest bardzo ograniczona. Jeśli sąsiad obok nie ma wielkiego telewizora, nie ma presji, żebyśmy sami mieli wielki telewizor. W rzeczywistości nie wiemy, czego chcemy; chcemy tego, co ma inny. To jak w czasach komunizmu w Wietnamie – wszyscy byli biedni, więc poziom ogólnego szczęścia był wyższy niż teraz. Tak więc sukces szczęścia Bhutanu zależy od środowiska sprzyjającego poszukiwaniu szczęścia. A to przez maksymalne ograniczenie POŻĄDANIA. Według buddyzmu życie jest cierpieniem, a cierpienie wynika z pożądania i ignorancji. Jeśli nie można jeszcze wyeliminować ignorancji, to przynajmniej już ogromnie ogranicza się pożądanie, i to jest sekret bhutańskiego szczęścia.
Wyruszyłam z tym wnioskiem – który uważałam za bardzo smutny, bo dla mnie było zbyt wiele zewnętrznych kryteriów i samotnej osobie trudno będzie stworzyć sobie sprzyjające środowisko, czyli model bhutański jest trudny do zastosowania gdzie indziej. Mają dostęp do technologii, ale nie mają u siebie fabryk, więc technologia pochodzi z bardziej zanieczyszczających krajów. Jeśli nikt nie będzie chciał mieć fabryki u siebie, nie będzie już smartfonów!
Ale ta myśl wciąż krąży mi po głowie: „usuń pożądanie, usuń pożądanie”… aż do momentu, gdy patrzę na rzadką książkę, która wzbudziłaby we mnie pożądanie i sprawiła cierpienie (bo nie mogę sobie na nią pozwolić), i zamiast mówić sobie „oto kolejny piękny przedmiot, którego nigdy nie będę mieć, pff, nie jestem bogata, pff”, pomyślałam: „to ładne, mogę to zrobić sama”! Wtedy zrozumiałam, dlaczego spędzam tyle czasu na rękodziele. To nie było zaplanowane, ale właśnie dlatego: usuwać pożądanie. Przedmiot, który mogę zrobić, przestaje mnie dręczyć, bo mogę go zrobić w każdej chwili. I patrzę na niego innym okiem i często dochodzę do wniosku: „ach nie, nie warto się trudzić!”.
Żegnamy naszego przewodnika i kierowcę z ciężkim sercem. To jednak miłe mieć kogoś, kto nas wszędzie zawozi; tym razem nie układam trasy, mogę przestać myśleć i w 100% cieszyć się teraźniejszością. Przygotowaliśmy małe koperty z napiwkami dla nich. Są oczekiwane i doceniane, więc nie wyjeżdżajcie bez dawania napiwków. Zapytaliśmy agencję przy rezerwacji, jaka kwota jest oczekiwana. W drodze na lotnisko tłumaczą nam znaczenie białego szalika, który podarowali nam po przylocie do Bhutanu. Ups, zostawiliśmy je już w Gnieździe Tygrysa.
Jak zwykle samolot odlatuje godzinę wcześniej. Mamy za dużo miejsc, bo jest nas ledwie dwadzieścia osób w samolocie. Start jest płynniejszy niż przylot i opuszczamy ten piękny kraj, nie wiedząc, czy kiedyś wrócimy.




Część 2: Praktyczne wskazówki
Wybraliśmy się z agencją Bhutan Inbound. Lecieliśmy samolotem z Bangkoku, jednego z niewielu miejsc z bezpośrednim lotem do Bhutanu. Więcej informacji o cenie i płatności tutaj
