TDM

[Bibliophilie] The Innocents Abroad Marka Twaina wydane przez The Limited Editions Club

Kiedy zainteresowałam się książkami dla bibliofilów, odkryłam podczas mojej podróży po Stanach Zjednoczonych wydawnictwo założone w latach 30. w USA: The Limited Editions Club. Kupiłam sobie 3 książki tego wydawcy. „The Innocents Abroad” jest jedną z nich, ponieważ uznałam, że rysunki są wyjątkowe.

Z każdą książką przychodził „Monthly Letter” od wydawcy, opowiadający historię książki i historię jej powstania w The Limited Editions Club. Oto francuskie tłumaczenie tego listu, a także ponad 60 ilustracji z książki, dla tych, którzy nie mają szczęścia posiadać jej egzemplarza. Ilustracji jest wiele, a do tego kolory zostały dodane metodą szablonową, co jest kosztownym procesem, którego już się nie stosuje. Nawet we Francji książki ilustrowane kolorowymi szablonami tego rodzaju pochodzą głównie z lat 60.

Jeśli chodzi o treść, to niezwykły dziennik podróży. Śledzimy Marka Twaina, który rozpoczyna rejs po Morzu Śródziemnym i Ziemi Świętej na pokładzie Quaker City, statku wycieczkowego, który starannie dobiera pasażerów. Odbywszy trzy rejsy, uwielbiam dowiadywać się więcej o rejsach w czasach wystawy światowej w Paryżu. Wiem, że tłumaczenie książki istnieje pod tytułem „Le voyage des innocents” i zawsze można je kupić na stronach z używanymi książkami. Gorąco polecam!

Oto tłumaczenie tekstu napisanego przez wydawcę na język francuski:


Podróż dla przyjemności

JEDNĄ Z NAJPIĘKNIEJSZYCH, najbardziej owocnych i najdłuższych przyjaźni w historii całej literatury, zarówno obcej, jak i rodzimej, jest przyjaźń Marka Twaina i Williama Deana Howellsa. Ich korespondencja została opublikowana w 1960 roku w dwóch obszernych tomach wydanych przez Harvard University Press. Przyjaźń ta zrodziła się z recenzji książki, a ponieważ książką, o którą chodzi, jest ta wybrana w tym miesiącu przez Limited Editions Club, uważamy, że dobrze będzie zacytować obszernie tę recenzję (która, o ile możemy ustalić, nigdy nie została włączona do zbioru esejów Howellsa). Recenzja, niepodpisana, ukazała się w „Atlantic Monthly” w grudniu 1869 roku. Chociaż strona tytułowa książki wyraźnie wskazuje, że autorem jest „Mark Twain (Samuel L. Clemens)”, recenzent Howells zdołał popełnić dwa błędy w jednym zdaniu, przepisując po prostu nazwisko. Ale jego serce było na właściwym miejscu. Oto sedno tego, co miał do powiedzenia:

The Innocents Abroad, czyli Nowa pielgrzymka. Relacja z podróży wycieczkowej parowca Quaker City do Europy i Ziemi Świętej, z opisami krajów, narodów, incydentów i przygód tak, jak ukazały się autorowi; z dwustu trzydziestoma czterema ilustracjami. Przez MARK TWAIN (SAMUEL S. CLEMENTS). [Wydane wyłącznie w prenumeracie.] Hartford, Conn.: American Publishing Co. [Recenzja W. D. H. ciąg dalszy:]

Charakter amerykańskiego humoru i jego brak podobieństwa do humoru Kamczatki i Patagonii — czy czytelnik wybaczy nam, jeśli powstrzymamy się tutaj od spisania refleksji nasuwanych przez te świeże i istotne tematy? Mamy nadzieję, że doceni nasze wyrzeczenie, proporcjonalne do rozmiarów bardzo zabawnej książki pana Clemensa, jeśli zrezygnujemy z wyjaśniania, dlaczego jest ona tak zabawna, albo — co na jedno wychodzi — dlaczego tego nie wiemy. Ta powściągliwość pozostawi nam bardzo niewiele do powiedzenia w kategoriach analizy; rzeczywiście, jest bardzo niewiele do powiedzenia o „The Innocents Abroad” co nie byłoby najbardziej oczywiste i łatwe do opisania. Pomysł ładunku Amerykanów odbywających długi rejs po Europie i Ziemi Świętej sam w sobie jest już prawie wystarczająco zabawny, i być może jest wystarczającą pochwałą dla autora, jeśli powiemy, że temat ten wcale nie cierpi z powodu jego opracowania. Jeśli weźmie się pod uwagę humor, jakim jest stworzenie sześciusetstronicowego tomu na ten temat, zgodnie z jednym z głównych warunków sukcesu książki na prenumeratę, czyli jej rozmiarem, to już otrzymujemy sporą dawkę humoru, bez konieczności dalszego zawracania głowy panu Clemensowi. To z hojności i obfitości jego własnej natury czerpie on tyle zabawy zarówno w wykonaniu, jak i w pomyśle swego dzieła. I to zawsze humor dobrego gatunku, jaki serwuje swojemu czytelnikowi; nawet w swojej bezczelności jest czarujący; nie pamiętamy fragmentu, w którym atakowałby słabszych lub bezbronnych, ani momentu, w którym byłby zuchwały, mimo całej swojej śmiałości i braku respektu. Standardowe fałszywe pozory podróży, które wszyscy demaskują, cierpią może bardziej, niż powinny, ale nie tak bardzo, jak mogłyby. Niemożliwe jest również, aby jakość humoru nie była czasami nieco wymuszona w trakcie tak długiej narracji; ale najbardziej zdumiewające jest to, że zdarza się to tak rzadko.

Pan Clemens czerpie wiele swojej zabawy ze swoich towarzyszy podróży, których poznajemy całkiem dobrze, czy to przedstawionych w lekko karykaturalnej formie, czy z troską i dokładnością.

Oczywiście, pouczające części książki pana Clemensa są bardziej ogólne niż szczegółowe, a czytelnik zdobywa bardzo mało wiedzy o ludności miast czy o naturze skał w różnych miejscach. Jednak ten, kto potrafi być na tyle uczciwy, aby widzieć rzeczywistość ludzkiego życia wszędzie, lub kto widział tylko Amerykanów takich, jakimi są za granicą, nie podróżował na próżno i wcale nie jest bezużytecznym przewodnikiem. Młody Amerykanin, który powiedział angielskim oficerom, że dwie nasze kanonierki mogłyby przyjść i obrócić Gibraltar w pył na Morzu Śródziemnym; Amerykanin, który w francuskiej restauracji „mówił bardzo głośno i niegrzecznie, i śmiał się hałaśliwie, podczas gdy wszyscy inni byli tacy spokojni i dobrze wychowani”, i który zamawiał „wino, proszę pana!”, dodając, aby wzbudzić podziw w kraju, gdzie wino jest tak powszechne jak zupa, „Nigdy nie jem obiadu bez wina, proszę pana”; Amerykanin, którego trzeba było wołać kilka razy Gordon, ponieważ był tak przyzwyczajony do słyszenia tego nazwiska wymawianego Gordong, i który zapomniał większości angielskich słów po trzymiesięcznym pobycie w Paryżu; Amerykanie, którzy bezlitośnie przemierzyli trzydniową podróż po Palestynie w dwa dni, okrutnie przeciążając biedne zwierzęta, na których jechali, i wyczerpując siły swoich towarzyszy, aby nie złamać szabatu; amerykańscy pielgrzymi, którzy przemierzyli pół świata, aby móc popłynąć łodzią po Jeziorze Galilejskim, i którzy przegapili swoją jedyną okazję, ponieważ zażądali od przewoźnika, aby zabrał ich za napoleona, podczas gdy on chciał dwa — to wszystko są Amerykanie przedstawieni z pewną korzyścią przez pana Clemensa i łatwo ich rozpoznać ci, którzy mieli szczęście spotkać ich za granicą.

Większość części książki napisana jest stylem, który bardzo zbliża się do swobodnej rozmowy. Kiedy pan Clements pisze o swoich doświadczeniach, wyobrażamy sobie, że mówiłby o nich w ten sam sposób; i byłaby to bardzo zabawna rozmowa: często wcale niewykwintna w formie ani treści, ale pełna akcentów humoru, które, jeśli nie są delikatne, to prawie zawsze lekkie, z podstawą doskonałego zdrowego rozsądku i dobrych uczuć. Jest w tej książce mnóstwo czystej ludzkiej natury, która rzadko pojawia się w literaturze; głębiny naszej biednej, nieodrodzonej ludzkości, niepewnej nawet błogości szczęścia, są badane przez wyznanie tak proste, jak to, którego dokonuje pan Clements, opowiadając o swojej wizycie u cesarza Rosji. Prawie każdy temat i każde wydarzenie z przeszłego życia autora wydaje mu się istotne dla relacji z podróży po Europie i Wschodzie, a jeśli czytelnik uzna to za niestosowne, to nie mniej zabawne. Efekt zależy tak bardzo od tej ciągłej niekonsekwencji, że ilustracja fragmentu nie może oddać sprawiedliwości duchowi całości, a sam fragment traci połowę swojego smaku, gdy zostanie oddzielony od kontekstu.

Pod pseudonimem Mark Twain pan Clements jest dobrze znany w bardzo szerokim świecie czytelników gazet; a ta książka powinna zapewnić mu coś lepszego niż niepewny status ulubieńca publiczności. Nie do nas należy ustalanie jego pozycji wśród humorystów, których dała nam Kalifornia, ale uważamy, że jest, w sposób zupełnie odmienny od innych, w pełni godny towarzystwa najlepszych.

To tyle o dawnym osądzie na temat The Innocents Abroad. Teraz porozmawiajmy o nowszym osądzie — być może najnowszym. Włoskie wydanie naszej książki ukazało się w Mediolanie pod tytułem Gli Innocenti all’Estero, i to wydanie jest recenzowane przez Mario Materassiego w grudniowym numerze z 1961 roku Atlas: The Magazine of the World Press, pod redakcją Quincy’ego Howe’a i zaprojektowanym przez naszego dobrego przyjaciela George’a Saltera, któremu zawdzięczamy zwrócenie uwagi na tę recenzję. (George Salter zaprojektował również nasze wydanie The Innocents Abroad, i będziemy mieli więcej do powiedzenia o nim za chwilę.) Pan Materassi pisze w komentarzu, który jest mniej więcej tak długi jak ten Williama Deana Howellsa, dziewięćdziesiąt dwa lata wcześniej:

« Wiele napisano o postawie Marka Twaina wobec Europy, tej obrazoburczej postawie Amerykanina, który odmawia przyjęcia europejskiego sposobu patrzenia na historię i tradycje Starego Świata, tej postawie, której perspektywa historyczna opiera się na teraźniejszości i która nieustannie używa teraźniejszości jako jedynego probierza.

Nie możemy powstrzymać się od stwierdzenia, że słowa, których użył do opisania („naznaczenia” byłoby bardziej odpowiednim terminem) Europy sto lat temu, są nadal aktualne dla dzisiejszej Europy. Poczucie dekadencji, pretensjonalnej i pustej bezczynności, które znajdujemy teraz w Europie, jest tym, co Mark Twain zaobserwował na kontynencie, który odwiedził — Europę w rozkładzie, Europę operetkową, z jej kirasjerami i małymi książętami w ich ozdobnych mundurach. »

Mark Twain rzeczywiście podróżował pod prąd podczas swojej wycieczki, ponieważ zawsze była ona zorientowana na powrót: « Za każdym razem, gdy wracaliśmy z lądowej wycieczki, nasze oczy najpierw szukały jednej rzeczy w oddali: statku — a gdy widzieliśmy go na kotwicy, z flagą podniesioną na szczycie, czuliśmy się jak podróżny wracający do domu, gdy widzi swój dom. Gdy tylko postawiliśmy stopę na pokładzie, nasze zmartwienia znikały, a nasze kłopoty się kończyły, ponieważ statek był dla nas prawdziwym domem. » I choć ten drugi nurt podróżników, a raczej odkrywców własnych korzeni (wystarczy przypomnieć nazwiska Coopera i Washingtona Irvinga, Hawthorne’a i Jamesa, nie wspominając o koloniach artystów kwitnących w Rzymie i Florencji), znajdował przygodę życia w jednej podróży do Europy, „niewinni” Marka Twaina cieszyli się swoją wycieczką właśnie dlatego, że wiedzieli, iż Ameryka czeka na nich u kresu drogi. Stary Świat ich nie kusił. Jak Lowell pisał do Henry’ego Jamesa w 1878 roku: „Oni nigdy nie zadali sobie pytania, czy ich własny kraj jest najlepszy na świecie, czy nie, ponieważ wiedzieli, że tak jest.”

Ściśle rzecz biorąc, to nie Kalifornia dała nam Marka Twaina — zrobił to Missouri. Urodził się tam, w osadzie Florida, 30 listopada 1835 roku, gdy kometa Halleya przecinała niebo. Gdy Sam miał pięć lat, rodzina przeprowadziła się do Hannibal w tym samym stanie, a jeśli znacie Tomka Sawyera i Huckleberry’ego Finna, to znacie już wszystko o Hannibalu. Ojciec Clemensa, swego rodzaju prawnik, zmarł w 1847 roku, gdy Sam miał dwanaście lat, i formalna edukacja Sama dobiegła końca. Dołączył do brata Oriona, który prowadził tygodnik, i nauczył się drukarstwa. W 1853 roku uznał się za wystarczająco kompetentnego, by spróbować szczęścia na Wschodzie, i ruszył na podbój Nowego Jorku i Filadelfii, ale uznał, że lepiej będzie dołączyć do Oriona, który wydawał teraz gazetę w Keokuk w stanie Iowa. Sam i Orion nie dogadywali się zbyt dobrze i w 1857 roku Sam został uczniem pilota na rzece Missisipi, która płynęła w pobliżu Keokuk. W ten sposób z czasem wyrobił sobie nazwisko (a raczej zapożyczył je z gwary pilotów).

Orionowi udało się jakoś zostać sekretarzem Terytorium Nevady, a Sam, zapominając o dawnych sporach, został jego sekretarzem. Nie pozostał jednak długo sekretarzem; został dziennikarzem i to w 1862 roku, gdy pracował dla Virginia City Enterprise, po raz pierwszy podpisał swoje artykuły nazwiskiem Mark Twain. W 1864 roku wyjechał do San Francisco i pracował dla trzech lokalnych gazet.

Napisał również Sławną skaczącą żabę z hrabstwa Calaveras i sam stał się skromną sławą. Udał się na Wyspy Hawajskie (wówczas zwane Wyspami Sandwich) dla Sacramento Bee. Ta podróż zaowocowała znakomitymi kronikami podróży i uczyniła z Marka prelegenta publicznego. Następnie Alta California z San Francisco zleciła mu podróż dookoła świata. Ale gdy dotarł do Nowego Jorku, usłyszał o wycieczce Quaker City na Morze Śródziemne i do Ziemi Świętej, i wolał wziąć udział w tej podróży.

Tak narodziła się nasza książka, The Innocents Abroad.

Innym pasażerem na pokładzie Quaker City był młody człowiek nazwiskiem Langdon, który miał siostrę o imieniu Olivia i zabrał ze sobą w podróż jej miniaturowy portret. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych Mark udał się do Elmira w stanie Nowy Jork, poznał oryginał portretu i poślubił go.

Potem nastąpiło wiele innych książek, sława, fortuna i honorowy doktorat z prawa cywilnego Uniwersytetu Oksfordzkiego (znaczna część jego fortuny została zainwestowana w promocję dziwacznych wynalazków — oczywiście cudzych). Późno w życiu Mark osiadł w pięknym domu w Redding w Connecticut, zaprojektowanym dla niego przez Johna Meada Howellsa, syna Williama Deana Howellsa, i tam właśnie, 21 kwietnia 1910 roku, umarł, gdy kometa Halleya ponownie przecinała niebo podczas swojego pierwszego powrotu od 1835 roku.

Przygotowanie tekstu naszej wystawnej edycji The Innocents Abroad nastręczyło kilka drobnych problemów edytorskich. Oryginalne wydanie roiło się od błędów typograficznych, z których część poprawiono na przestrzeni lat, a inne nie. Ponadto sam Mark Twain popełnił kilka nieświadomych błędów, zwłaszcza w doborze słów. A przede wszystkim z pewnością popełnił błędy zamierzone. Oto, co zrobiliśmy: poprawiliśmy oczywiste błędy typograficzne. Poprawiliśmy również jawne błędy faktyczne autora (tak więc Mark Twain nazywał hotel Shepheard w Kairze „Shepherd”, co jest naturalną i oczywistą pomyłką). Ale jeśli chodzi o dobór słów, pozwoliliśmy Markowi postąpić po jego myśli, nawet gdy mylił się rażąco. Na przykład w ostatnim zdaniu rozdziału VIII używa słowa „flout”, gdy najwyraźniej chciał powiedzieć „flaunt”. Nie ma żadnych szans, aby to był błąd typograficzny. Zostawiliśmy więc „flout” bez zmian. W drugim akapicie rozdziału XXXIII Mark wspomina o „biedzie, nędzy i” mendacity ludności greckiej. „Mendacity” to jak najbardziej poprawne słowo, oznaczające skłonność do kłamania, ale ma niewiele wspólnego z biedą i nędzą (chyba że ktoś chciałby argumentować, że głód rodzi kłamstwo, co może być prawdą). Bardziej logicznym wyborem byłoby „mendicity”, czyli praktyka żebractwa, będące umiarkowanie rzadkim synonimem „mendicancy”. Zostawiliśmy „mendacity” w obecnej formie, ostrzegając czytelnika, że może to być błąd. Błędy zamierzone dotyczą w dużej mierze cytatów w językach obcych, zwłaszcza po francusku. „Ici on parle française „, pisze Mark!, mając na myśli „Ici on parle français „. „Chef d’œuvres”, pisze, mając na myśli „Chefs-d’œuvre”. Te i podobne błędy zostawiliśmy nietknięte, w tym wygrawerowaną identyfikację „JULIE DI DIOMEDE” na naszyjniku otaczającym szkieletową szyję w Pompejach, która jest poprawną włoszczyzną, ale bardzo marną łaciną.

Edward Wagenknecht, który napisał wstęp do naszego wydania The Innocents Abroad, jest profesorem angielskiego na Uniwersytecie Bostońskim od 1947 roku. Pochodzi z Chicago, gdzie uzyskał licencjat i magisterium na Uniwersytecie Chicagowskim w latach 1923 i 1924, a doktorat na Uniwersytecie Waszyngtońskim w 1932 roku. Jego książki, w dużej mierze biograficzne i krytyczne, obejmują Charles Dickens: Człowiek i jego dzieło, Mark Twain: Człowiek i jego twórczość, Kawalkada powieści amerykańskiej, Wstęp do literatury, Longfellow: Pełnometrażowy portret, et Siedem światów Theodore’a Roosevelta. Ma książkę o Washingtonie Irvingu, która ukaże się tej wiosny nakładem Oxford University Press, a jesienią University of Oklahoma Press opublikuje Kino w epoce niewinności. Pracuje również nad książką o Poe dla Oxfordu.

Fritz Kredel ilustruje książki Klubu Wydań Limitowanych od 1931 roku, kiedy to miał połowę swojego obecnego wieku. The Innocents Abroad to jego piętnasta praca dla nas; innymi słowy, klub publikował książkę ozdobioną przez Kredela co dwa lata przez całe pokolenie. Podsumowaliśmy karierę Fritza Kredela czternaście razy w tych Miesięcznych Listach w ciągu tego pokolenia; więc powstrzymamy się od zrobienia tego ponownie. Powiemy tylko, że kreska Fritza Kredela staje się mocniejsza, a jego niepowtarzalny styl coraz bardziej niepowtarzalny z biegiem lat — każda książka Kredela, którą otrzymujesz, jest najlepszą, jaką kiedykolwiek stworzył. Chcielibyśmy podkreślić, że jedną z książek ilustrowanych przez Fritza Kredela dla nas był Złota różdżka, przetłumaczony przez Marka Twaina, nie mniej. Autor, Heinrich Hoffmann, był również oryginalnym ilustratorem, a Fritz Kredel zaadaptował rysunki Hoffmanna do książki, która jest pierwszym wydaniem Marka Twaina.

Do naszego wydania The Innocents Abroad, Fritz Kredel stworzył imponującą liczbę sześćdziesięciu jeden ilustracji, a rysunki te zostały ręcznie pokolorowane szablonowo w studiach Waltera Fischera w Nowym Jorku przez Franka Hudeca — ręcznie kolorowane szablonowo w paletach od czterech do dziewięciu kolorów, według oryginałów Fritza Kredela. Są one rozrzucone w tekście niemal przypadkowo; efekt jest podobny do zestawu pocztówek, co wydaje nam się szczególnie odpowiednie w książce podróżniczej.

George Salter zaprojektował dla nas sześć książek, a trzy z sześciu (Niezwykłe przygody barona Münchhausena, Poezje Heinricha Heinego i niniejsze wydanie The Innocents Abroad) zostały zilustrowane przez Fritza Kredela — połączenie talentów tak udane, jakie rzadko można zobaczyć.

Krój typograficzny wybrany przez George’a Saltera to angielski Monotype Bell w rozmiarze 11 punktów, zaprojektowany pod koniec XVIII wieku przez Johna Bella (nie spokrewnionego z Johnem Peelem, choć dzwony dzwonią, prawda?). Nasza wersja tego kroju to rewizja wycięta na początku lat 30. XX wieku.

Drukarze ilustracji i tekstu to Thistle Press w Nowym Jorku. Wydrukowali krój Bell na papierze welinowym Curtis wykonanym specjalnie do tej książki, według naszych zawsze wymagających specyfikacji, przez Curtis Paper Company z Newark w Delaware.

Pod nadzorem wymagającego Franka D. Fortneya, introligatorzy Russell-Rutter pokryli okładki zgodnie z eleganckimi specyfikacjami George’a Saltera: na bokach papier, na którym ręcznie zamarmurkowano efekt błyszczącego pawiego ogona przez Douglas Cockerell & Son w Letchworth w Hertfordshire; wokół grzbietu piękne czerwone lniane płótno, z etykietą ze skóry na tytuł i ozdobione winietami Fritza Kredela, wszystkie tłoczone czystym złotem.

Możliwość komentowania [Bibliophilie] The Innocents Abroad Marka Twaina wydane przez The Limited Editions Club została wyłączona