[Refleksja] #36: Dlaczego umykają nam okazje?
Obejrzałam ponownie serial BBC North & South niedawno i jedna scena szczególnie mnie uderzyła, do tego stopnia, że zainspirowała mnie do napisania tego artykułu. Nie ma jej w powieści, a jednak warto się przy niej zatrzymać, bo doskonale ilustruje, dlaczego okazje nam umykają.
Powód #1: Bo myślimy, że wiemy, co inni mają nam do powiedzenia
W serialu pan Bell otrzymał od panny Hale zadanie przekazania panu Thorntonowi kluczowej informacji. Ten jest w niej szaleńczo zakochany, ale przekonany, że ma ona zalotnika. Pan Bell ma mu wyjawić, że ów „zalotnik” (widziany w towarzystwie panny Hale) to tak naprawdę jej brat, którego istnienie jest utrzymywane w tajemnicy, ponieważ brytyjska marynarka uważa go za przestępcę. Oto dokładny moment, w którym pan Bell szykuje się do zdradzenia sekretu:
Pan Bell: You might be mistaken, Thornton, if you thinkMiss Hale has a bad opinion of you.And you might not judge heras harshly as you do. In fact…
Pan Thornton: As you say, Mr. Bell,your business in Milton’s finished. And now the future of this mill is no concernof yours. I’m afraid I’m busy, too. Good day.
Tłumaczenie:
Pan Bell: Może się pan mylić, Thornton, jeśli sądzi pan, że panna Hale ma o panu złą opinię. I może nie powinien pan oceniać jej tak surowo, jak pan to robi. W rzeczywistości…
Pan Thornton: Jak pan mówi, panie Bell, pańskie interesy w Milton są skończone. A przyszłość tej przędzalni nie jest już pana zmartwieniem. Obawiam się, że ja też jestem zajęty. Dobry dzień.
Gdyby pan Thornton po prostu pozwolił panu Bellowi dokończyć zdanie, jego życie potoczyłoby się inaczej. Ale przerwał mu i musiał czekać kilka miesięcy (oraz bankructwo), aby poznać prawdę inną drogą, za pośrednictwem pana Higginsa.
Podobna historia przydarzyła się A. (pewne szczegóły zostały pominięte, aby chronić tożsamość osób zainteresowanych). Koleżanka, B., została niesprawiedliwie zwolniona. A. nie pracowała z nią bezpośrednio, więc nie znała szczegółów w danym momencie, ale powiedziano jej, że pewnego dnia B. wyszła z firmy zapłakana i nigdy więcej jej nie widziano. Miesiąc później menedżer wyższego szczebla C. wyznał A., że szczerze żałuje tego, co się stało: ktoś skłamał, B. została poświęcona niesłusznie, i ciąży mu to.
Tydzień po tym wyznaniu A. spotyka B. w metrze. Po uprzejmym „dzień dobry” otwiera usta, gotowa powiedzieć jej to, co wie, przekonana, że dobrze zrobi B. świadomość, że nie miała racji, a ci, którzy ją odsunęli, żałują tego. Ale zanim A. zdążyła wypowiedzieć choć słowo, B. – może bała się, że zostanie zapytana, czy znalazła inną pracę, a może myślała, że A. jest po stronie tych „złych”, którzy ją zwolnili – potraktowała ją z dezorientującą chłodnością, jakby nie istniała. Osoba towarzysząca B. była równie zdumiona jak A. nieuprzejmością B.
A. pomyślała sobie: ta informacja kosztuje mnie, by się nią podzielić, a B. nawet nie jest w stanie jej wysłuchać. To znak. Więc zamilkła. I B. nigdy się nie dowie, co A. miała jej do powiedzenia.
I tu jest cały paradoks: informacje czy okazje często kosztują wiele tych, którzy chcą nam je ofiarować. Polecenie kogoś angażuje ich reputację. Dzielenie się pomysłem na biznes to ryzyko złego wyboru wspólnika. Przekazanie poufnej informacji to wystawianie się na szwank. Im większa okazja, tym bardziej osoba, która chce się nią podzielić, najpierw bada, obserwuje, testuje, ocenia, czy jesteśmy gotowi ją przyjąć. A jeśli nie jesteśmy – jeśli przerywamy, zamykamy się, obrażamy, okazujemy wrogość – zatrzyma wszystko dla siebie. Bez słowa. A my nigdy się nie dowiemy, co nam umknęło. Trzeba więc pozwalać ludziom kończyć zdania!
Powód #2: Bo mówimy „nie” zbyt często
Kiedyś zostałam przetestowana, nieświadomie, przez znajomego znajomego. Najpierw skierował mnie do małego klienta. Normalnie odmówiłabym – to nie jest typ zlecenia, który zwykle przyjmuję. Ale w tamtym roku postanowiłam mówić „tak” na wszystko. Więc się zgodziłam i potraktowałam tego małego klienta z taką samą starannością i uwagą, jaką poświęciłabym dużemu klientowi. Efekt? Ten znajomy znajomego był tak pod wrażeniem, że w końcu ujawnił swoje prawdziwe zamiary: chciał mi powierzyć coś znacznie większego. Mały klient był tylko testem, bo nigdy wcześniej nie współpracowaliśmy. A za tym stał duży kontrakt z innym klientem. Gdybym odmówiła od razu (z przyzwyczajenia, z zasady, z zachłanności), nigdy nie podpisałabym tego dużego kontraktu. I nawet bym nie wiedziała, że istnieje.
Właśnie tak, nigdy nie mierzymy rozmiaru tego, co tracimy. Odmawiając małych kontraktów w przeszłości, z pewnością przepuściłam mnóstwo znacznie większych okazji. Ale nigdy się o tym nie dowiem. Stracone okazje nie sygnalizują się. Znikają w ciszy, a jeśli zastanawiamy się: „dlaczego okazje nie przychodzą do mnie?”, trzeba się zapytać, czy nie mówimy „nie” zbyt często.
Podzielę się z wami fragmentem bloga, który już nie istnieje, ale możecie przeczytać cały artykuł przez Wayback machine (link)
Nie chcę tracić na to jeszcze więcej czasu!
To było w mojej pierwszej fazie blogowania. Nie wiedziałam jeszcze, jak to działa ani jak blog może przynosić dochody, ale zrozumiałam, że pozwala to chociaż częściowo żyć z pasji. Blog Oliviera Rollanda naprowadził mnie na właściwe tory ze wszystkimi książkami, do których były linki na Amazonie. Ta przyjaciółka, która jest bardzo bliska mojej rodzinie i którą nazwiemy Jessica, skarżyła się po raz tysięczny, że w połowie miesiąca brakuje jej pieniędzy i że sytuacja staje się trudna. Na szczęście dla niej, że spłata domu przypada na początek miesiąca, w innych okolicznościach miałaby pewnie poważne problemy. Jest bardzo inteligentna i zrozumiała, że nie rozwiąże swoich problemów finansowych kredytami konsumpcyjnymi.
(Ja) Interesuje Cię zarabianie od 500 do 5000 euro miesięcznie, pracując kilka godzin w tygodniu? W swoim tempie?
(Jessi, z iskierką w oku) Tak, słucham!
(Ja) Odkryłem bardzo ciekawy blog. Autor przeczytał w zeszłym roku książkę tygodniowo i dzieli się swoimi analizami każdej książki z linkiem do Amazon, który przynosi mu od 5 do 10% prowizji od sprzedaży. Co więcej, jeśli zainteresowana osoba doda do koszyka inne rzeczy, prowizja również trafia do blogera! Więc twoją pasją jest edukacja, codzienne problemy, sprawy społeczne i dzieci. Mogłabyś czytać jedną książkę tygodniowo na ten temat, robić z niej streszczenie i analizę oraz pisać artykuł o tematyce, którą lubisz. Temat jest ciekawy, znajdzie odbiorców, a twoje wykształcenie i zawód w tych dziedzinach zapewnią ci wiarygodność, żeby zacząć. Im dalej zajdziesz, tym będziesz mocniejsza w tej dziedzinie i będziesz mieć więcej odbiorców, a co za tym idzie, pieniędzy.
(Jessi) Ale nie mam czasu, z dziećmi, obowiązkami domowymi i tym wszystkim.
(Ja) W takim razie zatrudniasz sprzątaczkę za 100 czy 200 euro miesięcznie, która wykona tę pracę za ciebie, a ja zajmę się, za 30% twoich dochodów, wszystkim, co związane z informatyką, konfiguracją, domeną,…
(Jessi) I tak nie mam wystarczająco dużo czasu i nie chcę tracić na to jeszcze więcej czasu!Moje wyjaśnienia się na tym skończyły.
Tutaj okazja jest przedstawiona w całości. Podane są konkretne rozwiązania, a Jessica trzyma się swoich kontrargumentów. Nie daje sobie czasu na przemyślenie, nawet nie próbuje, jest przekonana, że nie ma czasu. Artykuł pochodzi z 2010 roku, to były złote czasy blogów, a AI jeszcze nie istniało. Jessica rzeczywiście miała wszelkie szanse, aby zarabiać od 500 do 5000 euro, czytając książkę tygodniowo. Jeśli Jessica zmieni zdanie i zrealizuje ten projekt teraz, w 2026 roku, to zły timing. Więc Jessica przegapiła okazję i timing. Ten bloger ma wiele innych wskazówek, którymi mógłby się podzielić z Jessicą, bo jest ekspertem w inwestowaniu, ale wobec jej reakcji nigdy więcej nie podzieli się z nią żadnymi dobrymi radami. Po wietnamsku jest takie powiedzenie „nghèo bằng thực lực”: „utalentowany w pozostawaniu biednym”, czyli niektórzy są szczególnie utalentowani w rzucaniu sobie kłód pod nogi przy każdej nadarzającej się okazji.
Mam przyjaciela, dyrektora firmy, bardzo odnoszącą sukcesy. Zauważyłem u niego niezwykłą cechę: za każdym razem, gdy proponowałem mu jakieś niecodzienne doświadczenie, nawet jeśli zupełnie nie mieściło się w jego nawykach czy zainteresowaniach, zawsze mówił „tak”. Bez wahania. Bo mi ufał. I dopiero potem, po przeżyciu, oceniał, czy mu się podobało, czy nie. Zawsze go za to podziwiałem, tym bardziej że zabierałem go w miejsca naprawdę „z dala od utartych szlaków”, które 99% ludzi odrzuciłoby od razu, a on szedł. W serialu Nine Perfect Strangers sezon 2, postać miliardera uosabia dokładnie tę samą energię. Chodzić boso po śniegu? Tak. Kąpać się w lodowatej wodzie? Tak. Był ciekawy, chciał wszystko wypróbować, nie cofał się przed niczym. I myślę, że to rzadka i cenna cecha: odważyć się powiedzieć tak, zanim się wie, czy się polubi. Najpierw przeżyć doświadczenie. Potem wyrobić sobie opinię. Nie odwrotnie. W ten sposób przyciąga się okazje.


