Podróż z Ushuaia do El Calafate trwa 18 godzin, z promem do pokonania i 2 przejściami granicznymi (faktycznie, jedziesz z miasta w Argentynie do innego miasta w Argentynie, ale musisz przejść przez Chile). Taqsa jest jedynym przewoźnikiem autobusowym oferującym tę bezpośrednią trasę
W przeciwieństwie do kierowców Bus-Sur, którzy nic nie wyjaśniają na temat procedur administracyjnych, w Taqsa, gdy tylko dojeżdżamy do granicy, jako pierwsi ustawiamy się w kolejce i przechodzimy przez nią. Aby wejść do Chile, trzeba wypełnić formularz, a jeden z kierowców idzie do każdego z nas i mówi nam, co mamy wypełnić. Następnie cały bagaż podręczny jest prześwietlany w celu wykrycia najmniejszych śladów świeżych owoców lub mięsa
Nasze paszporty są teraz wypełnione chilijskimi i argentyńskimi pieczątkami. Na szczęście celnicy starają się maksymalnie wykorzystać miejsce i robią do 4 pieczątek na jednej kartce
Przyjechaliśmy o północy trzydzieści do El Calafate, decydujemy się iść 15 minut do naszego hostelu, decyzja, która sprawia, że bardzo się boję biorąc pod uwagę opuszczone ulice, ale w końcu wszystko poszło dobrze
El Calafate to bardzo przyjemne miasteczko położone nad brzegiem jeziora Argentino. Jest to obowiązkowy przystanek dla wszystkich tych, którzy chcą odwiedzić lodowiec Perito Moreno, lub kontynuować podróż do El Chalten, lub zejść z Argentyny do Torres del Paine (Chile). Postanawiamy zostać tu na 5 nocy, żeby trochę odpocząć i zregenerować siły po 2 wycieczkach, które zamierzamy tu zrobić. Sama miejscowość nie jest niczym szczególnym, jezioro Argentino otoczone jest błotem, więc aby móc dotknąć wody jeziora, trzeba przejść nieco dalej niż sugeruje Google Maps
Dzień 2
Dzień odpoczynku po ciężkiej podróży autobusem dzień wcześniej (nawet jeśli spaliśmy przez sporą część podróży, to i tak jest to bardzo męczące). Wykorzystujemy go do dokonywania wszelkich rezerwacji autobusów, transferów w kierunku Perito Moreno oraz wycieczek. Nie udaje nam się wypłacić pieniędzy, przed dystrybutorami ustawia się długa kolejka, widocznie Argentyńczycy przygotowują się do długiego weekendu i masowo wypłacają pieniądze. Na szczęście za wszystkie bilety autobusowe i wycieczki można płacić kartą kredytową
Robimy zakupy w małym supermarkecie niedaleko pętli autobusowej, wydaje nam się, że jesteśmy w czasie wojny, bo oferta jest tak ograniczona, zwiędłe warzywa patrzą na nas z rozpaczą… a zimny pieczony kurczak czeka na podgrzanie w mikrofalówce. Później dowiemy się, że jest jeszcze jeden supermarket, lepiej zaopatrzony
Dzień 3
Jest to dzień lodowca Perito Moreno, poświęciłem mu cały artykuł. Transport został zapewniony przez Taqsę za 500$AR/osobę
Po powrocie do domu udaje nam się w końcu wypłacić pieniądze z Banco de la Nacion. Zwycięstwo! Nie umrzemy z głodu w El Chalten (gdzie są tylko 2 bankomaty)
Dzień 4
Cały dzień spędzimy w Torres del Paine (2300$AR) z agencją South Road. O Torres del Paine napisałem również artykuł tutaj
Dzień 5
Całkowicie wyczerpani, zasnęliśmy i wyszliśmy dopiero o 12:30 na lunch. Jest niedziela, ale El Calafate jest na tyle turystyczne, że centrum miasta pozostaje otwarte (nie tak jak Punta Arenas w Chile). Alleluja, bo umieramy z głodu. Zatrzymujemy się w małej restauracji o nazwie „Casablanca”, aby wziąć dwie sałatki. W kraju mięsnym, takim jak Argentyna, sałatki mogą kosztować tyle, co dobry stek. Zamawiam mate (narodowy napój) mając nadzieję, że dostanę tradycyjny argentyński dzbanek, ale w końcu dostaję po prostu pojedynczą torebkę (jak normalną herbatę) z dzbankiem gorącej wody. Początkowo mate ta wygląda jak wędzona herbata, ale po zaparzeniu jej smak staje się bardzo gorzki. JB w ogóle tego nie lubi
Tutaj, jak wszędzie w Argentynie, lody (helados) są bardzo popularne. Za 45$AR dostaję mały rożek z gałką lodów 3 razy większą od rożka, a wszystko to z małą łyżeczką
Idziemy do prawdziwego supermarketu w centrum miasta, aby zrobić zapasy na nadchodzące wędrówki. Jest nawet kącik rzeźnika i kiełbaski!
Wracamy do schroniska młodzieżowego, gdzie JB próbuje zarezerwować hostele na kolejne dni z niewypowiedzianym Wifi
Zaprzyjaźniamy się z naszymi sąsiadami. Wszyscy odbywają kilkumiesięczne podróże po Ameryce Południowej i bardzo niewielu mówi po hiszpańsku (ulga, że mogę sobie jeszcze pozwolić na bycie złym w hiszpańskim przez jakiś czas). Dzielimy się naszymi planami na Święta i Nowy Rok. Wspólny punkt seryjnych podróżników: nie obchodzi nas Boże Narodzenie. Miejsca docelowe wybierane są losowo, bardziej ze względu na aspekt finansowy niż na wakacyjną atmosferę
To naprawdę dobre dla JB, żeby zostać w tym samym miejscu na dłużej niż 2 noce z rzędu (co prawda nie zrobiliśmy tego od Wietnamu, u moich rodziców, 4 miesiące temu…). Postanawiamy zmniejszyć (nieco) tempo podróży i staramy się spędzić w każdym miejscu od 3 do 5 dni. Łatwiej będzie mi to zaplanować i zmniejszy to nasz budżet na transport (jeden z najważniejszych w Ameryce Południowej).